... Lagarde Devies zimą ...

Niby normalny wyjazd w Alpy, ale dla mnie nie tak do końca normalny. Bo pierwszy raz zimą. Kiedyś musi być przecież ten pierwszy raz. Macieja poznałem osobiście na Walnym KW Poznań. Padło na nim wiele uwag dotyczących organizacji przez nowo wybrany zarząd obozów dla ludzi (nazwijmy to roboczo) mniej doświadczonych. Zawsze uważałem, że tylko "polityka" (co za wstrętne słowo) wspierania młodych przynosi efektywny rozwój stowarzyszeń, klubów itp. grup ludzi. No i udało się. Może (jeszcze) nie tak jak to sobie wyobrażałem, ale pierwsze lody zostały przełamane (dosłownie i w przenośni). Na kilka tygodni przed planowanym wyjazdem ukazały się na stronie internetowej KW Poznań informacje o planowanych .... aż trzech obozach. Można było wybierać w terminach i terenie działań wspinaczkowych. Pierwotnie planowałem załapać się na obóz tatrzański, ale (jak zwykle) plany zawodowe trochę w tym namieszały. Ale nie żałuję. Po wielokrotnej wymianie korespondencji udało się w końcu skompletować ludzi, sprzęt, samochody i wszystko inne co jest potrzebne żeby taki wyjazd się odbył. Żeby było śmieszniej na kilka dni przed wyjazdem wypadło mi szkolenie w firmie Mikom, której siedziba znajduje się w Buchdorf (dla niewtajemniczonych ok. 100 km za Norymbergą). Wróciłem w nocy z czwartku na piątek. Na szczęście w piątek miałem już wolne więc ze spokojem mogłem dokończyć wszystkie przygotowania do wyjazdu.
Macieja odebrałem ok. 19:00, a Pawła ok. 0,5 godz. później i w ten sposób mogliśmy ruszyć w upragnionym od dawna kierunku alpejskich masywów. Na miejsce dojechaliśmy ok. południa w sobotę. Pech chciał, że trafiliśmy na początek ferii we Francji, a do tego dołożył się też weekend. Sobotę spędziliśmy jeszcze na dole mimo protestów Pawła, który od razu chciał pojechać na lodowiec. Stanęło jednak na tym, że czekamy na Błażeja i w niedzielę rano ruszamy do akcji. Mieliśmy nie małe kłopoty ze znalezieniem noclegu (i nie była to kwestia ograniczonych środków finansowych), ale w końcu udało nam się znaleźć gite (coś w rodzaju schroniska) w Grassonnete. Ale kłopoty ze znalezieniem noclegu to nie wszystko. Paweł czymś się musiał zatruć i nie specjalnie nadawał się nawet do chodzenia po górach. Ale na szczęście w niedzielę rano było już po wszystkim.
... szybko się przepakowaliśmy.
Z resztą ekipy spotkaliśmy się na parkingu w pobliżu kolejki na Montenevers. W miarę możliwości szybko przepakowaliśmy się i wjechaliśmy na lodowiec. Na górnej stacji jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć na tle wspaniałej Dru. Na lodowcu cała masa narciarzy. Na początku śnieg był zbity i bez nart ski-turowych szło się całkiem nieźle, ale po przekroczeniu moreny i wejściu na lodowiec Leschaux już nie było tak wesoło. Maciej z Pawłem śmignęli do schronu raz dwa, a ja z Błażejem musieliśmy się przebijać przez zapadający się pod nami śnieg.
Narty ski-tour'owe są nieocenione
na zapadającym się śniegu
Ale w końcu ok. godz. 17 wszyscy znaleźliśmy się w schronie. Zjedliśmy coś, przepakowaliśmy się, ustaliliśmy plan działania i położyliśmy się spać. Pobudka ok. godz. 23. Po zjedzeniu czegoś ciepłego możemy wychodzić. Jest około północy. Po kilkunastu minutach jesteśmy na lodowcu i kierujemy się w stronę północnej ściany Grand Jorrasses.Teoretycznie spod schronu pod ścianę idzie się 3 - 4 godziny. Zakładamy pewien margines ze względu na zapadający się śnieg. Zmieniamy się na prowadzeniu, ale i tak po pewnym czasie daje się odczuć zmęczenie i braki aklimatyzacyjne. Niby nie jest super wysoko, ale mimo wszystko.... Wychodzi jazda samochodem i brak kondycji. Posuwamy się jednak do przodu. Ściana jeszcze niewidoczna, ale daje się wyczuć że jest coraz bliżej. Niestety co jakiś czas na drodze stają nam szczeliny lodowe i ciężko zdobyte metry trzeba oddać cofając się lub w najlepszym przypadku omijając lodową dziurę. Z każdym metrem idzie mi się coraz gorzej. Spodziewałem się dużego wysiłku na który nie byłem przygotowany. Jednak to jak się czułem przeszło i to znacznie moje kalkulacje. Na domiar złego za mocno zawiązałem swoje skorupy i w efekcie słabszego krążenia przemroziłem sobie palce u stóp. ok. 6 stało się jasne, że z dzisiejszej wspinaczki nici. Specjalnie wyszliśmy wcześnie żeby wbić się w ścianę w nocy i skończyć (a przynajmniej próbować) drogę o godzinie dającej możliwość rozpoczęcia zjazdów przed zmrokiem. I nic z tego. Raz, że pod ścianą byliśmy za późno, dwa - przebijanie się przez nawisy śnieżne u podstawy ściany zabiera znów cenny czas, a trzy (najważniejsze) warunki lodowe w ścianie prawie żadne. Siedząc pod ścianą zmęczeni, przemarznięci podejmujemy decyzję o powrocie. W drodze powrotnej oglądamy dokładnie ścianę, bo nikt nie powiedział, że tutaj jeszcze nie wrócimy. Dla mnie powrót był koszmarem i chyba tylko otaczające mnie piękno i majestat gór trzymały mnie jeszcze przy siłach. Trudno to sobie wyobrazić, ale nawet z górki byłem w stanie zrobić na raz tylko 10 kroków, a potem odpoczynek.
... za 5 min. wychodzimy.
Świt zastał nas
pod ścianą.
Jak doszedłem do schronu Błażej podał mi kubek gorącej herbaty. Zbawienne ciepło rozpłynęło się po całym ciele. Pogoda była wspaniała. W takiej sytuacji nie wiadomo czy lepszy jest mróz czy słońce które potrafi wyciągnąć z człowieka ostatnie resztki sił. Tego dnia jedyne co nam pozostało to odpoczynek przeplatany debatami co i gdzie dalej. Opcji była cała gama. Trudność polegała wybraniu opcji z najmniejszą liczbą nieprzewidzianych "niespodzianek". Będąc jeszcze kilka godzin temu na lodowcu marzyłem o tym żeby się położyć na pryczy i zasnąć. A teraz jak już się gniotę w śpiworze to ulgi jest tyle "co kot napłakał". Spuchnięte palce u stóp prowokują myśli o dalszych możliwościach poruszania się, a co dopiero wspinaczki. Na szczęście okazało się że nie jest tak źle i jak się o tym nie myśli to można zapomnieć. Decyzja o dalszych działaniach zapadła tak naprawdę dopiero rano. Może to nie najlepsza taktyka, ale ze względu na moją mierną znajomość rejonu i ogólnie wspinania zimowego przyjąłem (o zgrozo) taktykę biernego dostosowania się do decyzji podjętych przez chłopaków.

Północna ściana
Grand Jorrasses.

Już jest wtorek. Droga powrotna do górnej stacji kolejki Montenevrs nie była taką tragedią jakiej się spodziewałem. A to oznacza ni mniej ni więcej, zaczynam się przyzwyczajać do warunków i wysiłku. Po prostu zaczynam się czuć normalnie. Na stacji czekamy na pierwszą kolejkę do Chmonix. Czekamy tzn. Błażej, Paweł i Ja. Maciej postanowił zjechać na nartach. Na dole wielkie dylematy dotyczące dalszych działań. Pogoda ma być taka jak do tej pory, czyli "lampa" jeszcze tylko jutro. W końcu Paweł z Błażejem jadą do doliny Argentiere, a ja z Maciejem uderzamy w północne ściany igieł. W związku z naszym celem i planami zostajemy z Maciejem tego dnia w Chamonix.

Jedno z wielu
"schronisk" alpejskich

Nasz drugi cel
Lagarde Devies
Środa. Wcześnie rano. Jedyne co się nasuwa po usłyszeniu budzika to myśl "ja pie........ taki urlop". Ale nie ma że boli - trzeba wstawać do "pracy". Jak to ktoś kiedyś powiedział "Jak mus to mus. Nikt przecież nie robi tego dla przyjemności". Przy dolnej stacji kolejki na Aiguille du Midi jesteśmy jako jedni z pierwszych. Niestety wjeżdżamy dopiero trzecim wagonikiem. Podejście pod ścianę nie jest zbyt męczące tym bardziej, że ścieżka do pewnego momentu jest wydeptana i nie zapadamy się tak jak na lodowcu Leschaux. Poza tym czuję się już znacznie lepiej i na podejściu często idę pierwszy. Pod samą ścianą znajduję aparat fotograficzny. Trochę potrzaskany, ale nie wygląda na zupełnego trupa. Zabieram go więc do plecaka. Może jeszcze coś z niego będzie. Ale przychodzi czas na właściwą "pracę". Razem z nami pod ścianę podchodzi jeszcze kilka osób. Trochę tłoczno jak dla mnie. Do samego końca nie byliśmy zdecydowani na konkretną drogę. Decyzja miała zapaść pod ścianą. W związku, że na "Le Fil a Plomb" są już zespoły decydujemy się na "Lagarde Devies". Pierwszy odcinek idziemy z lotną nawet bez zakładania przelotów. Po prostu warunki na to pozwalają. Cały czas prowadzi Maciej. Warunki rewelacyjne. Dziaby siadają bez pudła. Jednym słowem "poezja wspinania". Nie za zimno.
Maciej ...
... i ja na podejściu
do drogi.
Pomimo iż zawsze preferowałem wspinanie letnie w skale, to po tej próbie wiem, że nie jest to ostatnie moje słowo zimą. Po dojściu do pierwszych trudności Maciej zakłada stanowisko i aż do łatwych poletek pod samą przełęczą asekurujemy się normalnie. Wspinaczka mikstowa też przysparza wielu pozytywnych wrażeń. Na polach pod przełęczą znów dostajemy w tyłek przebijając się przez zapadający się śnieg. Ale jest wspaniale. Dla takich chwil człowiek żyje. Na przełęczy chwila odpoczynku. Myślę, że znów wysokość daje o sobie znać. Ruszamy w stronę schroniska Cosmiques. Znów odzywają się zaległości kondycyjne. Żeby posuwać się do przodu muszę racjonować sobie kroki. Standard to 30. Maksimum 50. Ale "spacer" ostrą granią śnieżną przy zachodzącym słońcu to jest coś czego nie da się opisać, opowiedzieć ani nawet wyobrazić jeśli samemu się tego nie przeżyło. Więc nawet nie będę próbował. W "Cosmiques'u" zamierzaliśmy przeczekać zapowiadane pogorszenie pogody. Ten wieczór spędzamy na rozmowach z mieszkańcami schroniska i planowaniu dalszych działań, na wypadek gdyby pogoda okazała się nie taka zła. Nie powiem, żebym czuł się jakoś specjalnie wypoczęty, ale to tylko mały szczegół.

szliśmy z lotną ...
... aż do pierwszych
skał.
Trochę mikstu.
...i pola śnieżne
do samej grani.
"spacer"
granią śnieżną.
W górnej stacji kolejki ...
Rano widok jaki rozciąga się za oknami rozwiewa, dosłownie i w przenośni wszelkie nadzieje. Mając nadzieję staramy się maksymalnie odwlec decyzję. Człowiek to jednak jest głupie stworzenie. Za oknem dupówa, że psa byś nie wygonił, a ty masz nadzieję że może jednak uda się coś złoić. Wszelkie nadzieje przepadają wraz z informacją, że kolejka przestała kursować i jeśli chcemy to możemy jeszcze podejść i załapać się na ostatni kurs na dół dla obsługi. Szybko ubieramy się i pakujemy i razem z pozostałymi gośćmi ze schroniska, w zawiei i mgle, zacinającym, mroźnym prawie huraganowym wietrze docieramy do górnej stacji kolejki na Aiguille du Midi. Kilka godzin później jesteśmy w Chamonix.
... czekamy na
ostatni kurs na dół
Jest czwartek, więc został jeszcze jeden dzień na to żeby coś złoić. Dopiero cośmy się wydostali z nienaturalnych dla człowieka warunków, a już myślimy jak tam wrócić. To trzeba mieć z głową, ale ja nigdy nie twierdziłem że jestem normalny. To cośmy wymyślili to prawdziwa kombinacja alpejska. Plan zakładał: Pierwszym rannym wagonikiem wjeżdżamy na Aiguille du Midi, zjeżdżamy na nartach pod Mt.Blanc du Tacul, robimy drogę na wschodniej ścianie, zjazdami wracamy do podstawy ściany po narty i lodowcem zjeżdżamy do samego Chamonix. Warunkiem było dostanie się do pierwszego rannego wagonika. Niestety rano okazało się, że pierwszy wagonik ruszy dopiero przed 11. Jedyne więc co nam pozostało, żeby nie tracić dnia to jazda na nartach w dolinie Argentiere. Dla kogoś kto do tej pory jeździł na nartach tylko w Karkonoszach (i nie tylko) to prawdziwy raj. W sobotę spotkaliśmy Pawła, Błażeja i pozostałych chłopaków. Ostatnie zakupy w Chamonix i powrót do Polski.
Tak więc pierwsze lody zimowego wspinania alpejskiego zostały przełamane. C.d.n.

 

 
© Copyright Michał Włodarczak