Urlop czy praca ... .?

Na kempingu
czekamy na lepszą
pogodę.
... Chamonix przywitało nas deszczem. Nie wróżyło to udanego urlopu. Ale niezrażeni i pełni nadziei postanowiliśmy oszczędzić jeszcze trochę tropik namiotu i pierwszą noc spędzić w samochodzie. Choć szczerze mówiąc bardziej chodziło o nasze śpiwory bo ponoć przenośny domek (co później okazało się nieprawdą) Macieja przeciekał. Nazajutrz pierwsze kroki kierujemy do Biura Przewodników i Informacji turystycznej w nadziei wyczytania jakichkolwiek pozytywnych nowości o pogodzie na najbliższy tydzień. Wbrew wszelkim znakom na ziemi, niebie i Bóg jeden wie gdzie jeszcze dowiadujemy się że nadchodzące dni mają być słoneczne. Zdrowy rozsądek podpowiada co innego, ale cóż, zobaczymy jak będzie. Czekamy. Wieczorem spotykamy się jeszcze z Pawłem, Studentem i kilkoma jeszcze osobami. Poniedziałek budzi nas niewielką ilością chmur na niebie więc, decyzja jest krótka i szybka.
Taras przed
schroniskiem l'Envers
Wybieramy południowe ściany Igieł. Przygotowania nie trwają długo. Kilka godzin później już wędrujemy po lodowcu Mer de Glace. Nocujemy w schronisku l'Envers. Popołudnie upływa pod znakiem przeglądania schematów ścian i dróg na nich poprowadzonych. Nasz wybór pada na drogę Amazonia na Nantillons. Przygotowujemy sobie obiad, a może kolację. Trudno powiedzieć jak to nazwać. Wtorek. Po śniadaniu wychodzimy pod ścianę. Z założenia idziemy na lekko, tzn. w trekach z jedną dziabką na głowę. Na nieszczęście, a może wręcz przeciwnie w naszą drogę wbija się zespół trójkowy z Niemiec. Jeden z ich to Polak mieszkający u naszych zachodnich sąsiadów. Obserwujemy ich poczynania. Ja spod ściany, gdyż wdrapałem się po płacie twardego zmrożonego śniegu, natomiast Maciej z kamienia, jakieś czterdzieści metrów niżej. Ponieważ jestem bliżej obserwuję jak idzie Niemcom na trudniejszym wariancie wejściowym. Mają chyba ze dwadzieścia Friendów, ale do dużej rysy pasuje tylko jeden! Łatwiejszy wariant mam przed sobą. Podobno 5+, nie wygląda to najgorzej, ale asekuracja z bardzo małych kostek. Psychiczny horror. Schodzę do Macieja i po rozmowie z jednym z Niemców postanawiamy zmienić cel. Maciej nie jest zadowolony bo pozostaje mu powtórzyć jedną z dróg, które kiedyś już robił.
Przyjemne zacięcie
na drodze Gagafou

Wybiera Gagafou na Turvette. Wracamy po zmrożonym śniegu i skałach. Chwila nieuwagi i ... lecę w dół. Całe szczęście tylko dziesięć metrów, ale prawą rękę trochę poodzierałem. Dochodzimy pod drogę. Pierwszy wyciąg idzie łatwo. Startuję do drugiego ... pięć, dziesięć metrów i staję przed kominem z zaklinowaną w środku, dzielącą go na dwie części wielką płytą. Próbuję z prawej, nie puszcza. Z lewej ... też nie. Jeszcze raz z prawej. Nic z tego nie wychodzi. Obserwuję możliwość wyjścia nad płytę. Jakieś trzy - cztery metry nad moją głową jest miejsce gdzie być może siądzie największy Friend jakiego mam. - Maciej!, teraz czujnie - Idę ... metr, dwa, jestem zaklinowany, wkładam frienda, wpinam linę. Trzy sekundy na oddech i próbuję dalej ... Nagle czuję dość mocne uderzenie w klatkę. Wiszę zaraz nad półką z której startowałem do komina. Mój "przyjaciel" wytrzymał. Drugi lot dzisiaj. Ale nie daję za wygraną. Po chwili znów napieram i po krótkiej walce idę dalej. Teraz już łatwiej. Trzeci wyciąg to duże, ładne zacięcie. Dochodzę do połowy, nawet trochę dalej. Niestety psycha trochę siadła, cofam się kilka metrów do odstrzelonej płyty i ściągam do siebie Macieja. Teraz on prowadzi. Następny wyciąg jest ładny, ale nie mogę powiedzieć żebym się mógł na nim złapać czegoś co by się nie ruszało. Kończymy drogę i zjeżdżamy do schroniska. Dobra rzecz na rozgrzewkę. W schronisku łojantów jak mrówek. Po obiedzie zastanawiamy się co by tu wkosić następnego dnia. Problemem staje się brak raków. Wszystkie drogi które przychodzą na myśl startują z punktów do których trzeba dojść po śniegu. A ten niestety bardziej przypomina lód niż śnieg. Nawet coś wybieramy, ale niestety zjazdy prowadzone są inną drogą i musielibyśmy cały sprzęt, czyt. buty, dziabki ... zabrać w drogę, lub kilkadziesiąt metrów wracać po śniegu w bucikach wspinaczkowych. Długo się zastanawiamy. W końcu postanawiamy, że schodzimy do Chamonix i tam dopiero zdecydujemy co dalej. Najbardziej prawdopodobne są północne ściany Igieł. Cały czas w głowie świdruje myśl o jednym z dwóch celów założonych na początku wyjazdu. Już jest środa. W drodze powrotnej po lodowcu nie myślimy o tym. Na kampingu rozważamy wiele wariantów na dzień następny. Obserwujemy jeden z celów. Cały czas mamy dylemat. Wewnętrznie i w dyskusjach pomiędzy sobą. Iść, nie iść. W końcu jesteśmy na urlopie i przyjechaliśmy tu odpocząć, a nie zachrzaniać gdzieś do góry i ładować się w bardzo prawdopodobny kibel. Pomimo pozornych rozterek i tak oboje wiemy jaka będzie ostateczna decyzja.
Poezja gór

Filar Frendo już czeka
Znów k...wa coś mi brzęczy o 4:50 nad głową. Ja to chyba jestem niespełna rozumu. Godzinę później liczba ludzi przed kolejką na Aig. du Midi przywodzi na myśl lata 80-siąte i sklepy z towarami deficytowymi. Trochę to nam komplikuje plany, ale w rezultacie wyjeżdżamy na stację pośrednią chyba trzecim wagonikiem. Podchodzimy pod ścianę. Na podejściu minęła nas para wspinaczy, a właściwie on i ona. Ostatni raz widzieliśmy ich na trzecim, może czwartym wyciągu. Nasz cel to filar Frendo na Aig. du Midi. Pierwszy odcinek robimy na żywca. Łatwo ale rzęch straszny. Gdzie nie staniesz i czego się nie chwycisz leci na dół. Oby tylko bez nas. W końcu docieramy do wielkiego zacięcia odbijającego w lewo. Szpeimy się i wkrótce Maciej startuje.
Jeden z pierwszych
wyciągów na filarze
Połoga płyta, zalodzona i zaśnieżona nie specjalnie podnosi na duchu. Jeśli tak będzie na całej drodze to kibel murowany. Choć i tak zakładamy nocleg w górnej stacji kolejki. Idziemy dalej, wyciąg za wyciągiem, nie powiem żebyśmy mieli zabójcze tempo, a na dodatek nie jesteśmy pewni czy idziemy dobrze, chociaż formacja jest ewidentna. Na ostrzu filara zmieniamy się na prowadzeniu, teraz ciągnę ja. Długi odcinek idziemy z lotną. Napieram w skorupach bo odcinki mieszane skalno-śnieżne nie nadają się zbytnio do założenia butków wspinaczkowych. Czuję się lekko zmęczony. Mamy już za sobą ładnych parę godzin wspinania, nie przespaną noc i w perspektywie coraz bardziej realny kibel w ścianie. Po kilku wyciągach Maciej znów mnie zmienia na prowadzeniu. Z małego siodełka wyrastają nagle dwa duże zacięcia. Na ich górze zauważamy zespół. Skąd, jak się później dowiadujemy Szwedzi się tam wzięli trudno powiedzieć. Zawsze to jakaś pozytywna informacja że nie jesteśmy sami w ścianie. Zgodnie w czytanymi wcześniej opisami idziemy lewym zacięciem. Plecak prowadzącego wyciągany jest na drugiej żyle liny. Na szczęście tylko na trudniejszych odcinakach. Czuję powoli lekki podmuch wieczoru na swoich plecach. Wychodzimy z zacięcia i natykamy się na opisywane w "Górach" przez Kacperka miejsce 6a A0. Krótka walka i po przehaczeniu kilku metrów i przejściu kilku następnych docieramy na dość sporą półeczkę gdzie chyba spędzimy nockę.
Jesteśmy gotowi do "snu" ...
Szwedzi szykują się do nocki kilka metrów pod nami. Zastanawiamy się jeszcze czy przeczekać trochę i iść w nocy czy ruszyć dopiero rano jak śnieg będzie zmrożony. Ale chyba i tak przeczekamy tu do pierwszego brzasku. Ubrani na cebulę szykujemy sobie prowizoryczny nocleg. Owijam się kocem NRC żeby było trochę cieplej. Niestety stopy to moja pięta Achillesowa. Próbuję walczyć z co chwilę odwijającym się kocem. Próbuję bez skutecznie zasnąć. Dłużej jak na 15 min. chyba mi się nie udaje. Im bliżej świtu tym dłużej trwa każda minuta. W końcu nawet NRC-eta mi się podarła. Oby do rana.
... i Chamonix też.
Brzask na horyzoncie budzi we mnie nadzieję. Marzę o choć jednym promieniu słonecznym. Szykujemy się do ostatniego odcinka filara. Pola śnieżno lodowe prowadzą na samą grań. Pierwsze wyciągi prowadzi Maciej. Po dwóch - trzech długościach liny zaczynam prowadzenie. Jeszcze jest zimno, choć te kilkaset metrów trochę mnie rozgrzało. Niestety dzień wczśniej odparzyłem sobie stopy, i teraz każdy krok sprawia niemiłosierny ból. Mało tego każdy krok powoduje otarcie bolącego miejsca, ale dojść na grań trzeba. Początkowe metry idziemy z lotną, zresztą i tak nie ma się z czego asekurować. Jeden, drugi, trzeci ... dwudziesty krok i trzeba złapać oddech. Czasami dziesięć kroków, czasami czterdzieści. Ale i tak co jakiś czas trzeba się zatrzymać. Dochodzę do pierwszej skały. Jest spit do którego się wpinam i ściągam Macieja. O prawidłowej asekuracji nie ma mowy bo mamy "drut" a nie linę. Idę dalej, z każdym krokiem stok coraz bardziej staje dęba. Trawersuję go trochę w lewo. Dziaby siadają bardzo ładnie, ale nie ma szans żeby coś założyć. Wyciągam przeszło pół liny i wkręcam śrubę. Na następnym stanowisku muszę zdjąć polar i napić się bo mój język bardziej przypomina drewniany kołek niż mięsień ludzki. Tak jak kilkadziesiąt minut temu marzyłem o słońcu, tak teraz klnę jak najęty i szukam skrawka cienia. Ale muszę przyznać że wspinanie w lodzie, szczególnie takim to sama przyjemność. Faktem jest że na niektórych wyciągach zakładam jeden przelot i potencjalny lot po 70-80 stopniowym lodzie kilkadziesiąt metrów w dół nie należałby do przyjemnych. Z każdym jednak krokiem jesteśmy coraz bliżej grani i górnej stacji kolejki. Napieram cały czas. Już chyba ostatni wyciąg. Grań już prawie na wyciągnięcie ręki. Stanowisko jakieś pół liny pode mną. Szukam miejsca na przelot, ale bezskutecznie. Trudno trzeba iść dalej. Dziesięć metrów dalej znów nic nie mogę wsadzić ani wkręcić.
Pierwsze metry na
polach śnieżno-lodowych
Nareszcie grań
Maciej doszedł chwilę później

Partie śnieżno-lodowe
filara Frendo
Wybrałem prawie całą linę i udało mi się wkręcić jedną śrubę. Pięć metrów dalej znajduję dwa haki. "Maciej! Mam auto." I w tym momencie zauważam nad głową kolejne stanowisko. Po dojściu Maciej nie wpina się tylko idzie do wypatrzonego przeze mnie punktu. Tuż za nim idzie jeden ze Szwedów. "Is it last rope?" pada pytanie. "Ten meters, jet!" odpowiadam. Widzę uśmiech na twarzy Szweda. Jednak Maciej, który jest z przodu prostuje moją odpowiedź "One rope jet, but easy!". Wymowne "Oh shit!" mówi samo za siebie. Nie tylko my jesteśmy "wydygani". Dochodzę do Macieja i łapiąc dwa oddechy idę do góry. Widok z każdym metrem zbliżającej się grani i obserwujących nas z niej ludzi napawa nadzieją. Jeszcze dziesięć kroków, dwa, jeden. KONIEC. Ogarnia mnie wielka radość, padam na śnieg, rzucam plecak, dziaby i zaczynam ściągać Macieja. Wreszcie jest. Dziękujemy sobie nawzajem, dopijamy resztki napojów i pakujemy szpej do worów. Tę drogę dedykuję mojej mamie która właśnie w tym dniu miała swoje urodziny. Do kolejki nie jest daleko, lecz otarte stopy robią z tego kawałka katorgę. Marzę o zdjęciu butów, ale to dopiero w stacji kolejki.
Umyci, spakowani, a jutro do domu.
I tak zjeżdżam w samych botkach. Teraz pozostaje nam zrobienie zdjęć drogi, a po zjechaniu do doliny przygotowanie do powrotu. Chamonix opuszczamy w sobotnie popołudnie. Pogoda nadal ładna, ciepło. Do Poznania docieramy w niedzielę rano. Maciek życzy mi udanego "jednodniowego niedzielnego" urlopu. Bo trudno powiedzieć czy przyjechałem z urlopu czy na urlop. Ale chyba to drugie ...

 

 
© Copyright Michał Włodarczak