... znów wylądowaliśmy w Chamonix.

... no cóż, rok przerwy to dużo i mało. Zależy z jakiego punktu widzenia spojrzymy. Niemalże cały poprzedni rok został wykreślony z mojego wspinaczkowego życiorysu. Powody ... jak zwykle różne, jedne mniej inne bardziej znaczące. Powoli dostawałem na głowę myśląc, ile skały na mnie czeka. Ale nie ma to jak samozaparcie i upór "Kozła". W efekcie po kilku wyjazdach w skały i jednym weekendzie w Tatrach uderzyliśmy znów w stronę mekki wspinaczy, czyli do Szamoniowa. Po bardzo intensywnych dwóch tygodniach, w których znalazły się tygodniowa delegacja w Azerbejdżanie, załatwianie tygodniowych obowiązków służbowych w 3 dni i na koniec wesele przyjaciela w noc poprzedzającą wyjazd, w końcu w sobotę rano spakowany do samochodu Macieja usiadłem na miejscu pasażera. No to "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". Ruszyliśmy. Jak na krótki sen (po weselu) nawet rozmowa się klei. Rozmawiamy o planach. Wiemy jedno. Celem głównym jest nowa droga na Grand Jorrasses. Myślimy gdzie i jak by się najszybciej rozruszać i zaaklimatyzować. Nagle przez głowę przelatuje jak piorun
- O k....wa!!! Nie spakowałem śrub lodowych!
- Na szczęście minęliśmy dopiero rogatki Poznania. Przesądni pewnie by nie zawrócili. Tracimy jakieś dwie godziny, ale chyba teraz mamy już wszystko. Zmęczenie jednak kiedyś wychodzi. Organizmu nie oszukasz, i tym sposobem budzę się dopiero przed granicą. Podobnie jest zresztą przez dłuższą część drogi. Wieczorem zatrzymujemy się na jakiejś stacji benzynowej w Szwajcarii gdzie na ławeczce, pod chmurką spędzamy noc. Rano ruszamy w stronę granicy z Francją. W stolicy wspinu jak zwykle mnóstwo ludzi i jak przystało na alpejskie miasteczko strasznie kolorowo. Robimy drobne zakupy, a później planujemy strategię, bo od tego zależy co i ile sprzętu, jedzenia i ciuchów wpakujemy do wora, a w efekcie na nasze biedne plecy. I możesz pałać nieskończoną miłością do gór, być niepoprawnym masochistą, a i tak targając ciężki wór kilka godzin po lodowcu będziesz klął i wbijał sobie do głowy - jaki to ja jestem po....ony. Efekt: zrobisz tak samo za każdym razem jak tylko nadarzy się okazja. I kto tu jest normalny? Proszę nie każcie mi odpowiadać na to pytanie. Ale jesteśmy już w kolejce na Montenevers. Zmęczenie jeszcze trzyma, bo chwilę po ruszeniu urywa mi się film i budzę się dopiero na górnej stacji. A więc czas wziąć się do pracy. Cel z daleka wygląda okazale i przyjemnie. Planowany na "rozgrzewkę" Całun z perspektywy górnej stacji kolejki wygląda zachęcająco. Kilka fotek i ruszamy. Lodowiec i (niestety) nasze wory czekają. Pogoda na szczęście ładna. Słońce, którego tegoroczne lato nam szczędziło tym razem nie zawodzi. Ale na lodowcu, biorąc pod uwagę że idziemy lekko ubrani, zimno. Po czterech godzinach marszu lodowcami Mer de Glace i Leschaux dochodzimy pod schron. Tutaj ogólne zdziwienie, bo na półkach znacznie więcej "infrastruktury" niż dwa lata temu. Okazuje się że schron jest rozbudowywany, a i warunki się polepszyły. Korzystając z okazji i robimy rozeznanie wśród mieszkańców schronu i obserwujemy ścianę. Niestety wiadomości nie są najlepsze.
Północna ściana Grand Jorrasses
w pełnej okazałości
Pomimo dobrego wrażenia jakie zrobiła na nas ściana, okazuje się że góra zapruta jest świeżutkim, wczorajszym śniegiem. Na Całunie i MacIntyre'rze, które braliśmy pod uwagę jako drogi na rozruszanie jest nie inaczej. Potwierdza to dwóch Czechów którzy właśnie wrócili spod ściany. No cóż, siadamy i myślimy co by tu dalej zadziałać. Linia planowana początkowo na nową dróżkę, odpada również. W dodatku prognozy też nie dają zbytnio wyboru. Jest niedziela, a mamy czas do poniedziałku po południu. Później ma dupnąć... Trzeba zrobić coś szybko i mieć komfort ewentualnego wycofu. I znajdź tu coś takiego na północnej ścianie Grand Jorrasses. Nagle w trakcie wsuwania w siebie kolacji Maciek wpada na pomysł - może by tak wkosić ten "kamień" skrajnie na lewo w ścianie. Ile on może mieć. Najwyżej jakieś 250 - 300 m. Przyglądamy się uważnie przez lornetkę. Im dłużej patrzymy, tym więcej rzeczy się rozjaśnia. Porównujemy linię z innymi na ścianie i pierwotne kalkulacje ulegają "małej" weryfikacji. Jeśli Całun ma 800m to "nasza" potencjalna linia może mieć spokojnie powyżej 600m. Nie mamy już wątpliwości gdzie będziemy jutro... "MacIntyre", jak ochrzciliśmy opiekuna schronu, ostrzega nas żebyśmy uciekali ze ściany jak tylko pojawią się chmury.

" Jak mus to mus. Przecież nikt nie robi tego dla przyjemności."

Pierwsze metry
naszej drogi...
Takie motto przyświeca mi, za każdym razem, kiedy o 4 w nocy budzik wyrywa mnie z głębokiego snu. I pomyśleć, że jestem na urlopie i nikt mnie do tego nie zmusza. Szybkie śniadanie, pakowanie sprzętu i przed 6 jesteśmy na lodowcu. Jeszcze nie jesteśmy pewni w którym miejscu ściany wbić się w drogę. W końcu decydujemy. Najniższy punkt ściany niech będzie początkiem tej drogi. Kluczymy trochę między szczelinami, ale w końcu docieramy pod ścianę. Początek idzie nie najgorzej.
... już załojone
Generalnie trudności nie przekraczają IV. Miejscami są może V-owe. Maciek prowadzi. Idziemy nie najszybciej, ale systematycznie do przodu. Skała raczej lita, ale zdarzają się "magnetowidy" i inne artykułu z grupy AGD. Jeden nawet został mi w rękach. Na szczęście udało mi się go odłożyć na półkę (tym razem nie sklepową). Dochodzimy w końcu do pola śnieżnego, przez które przechodzę pierwszy. I na tym się skończyło moje prowadzenie na tej drodze. To nie był mój najlepszy dzień. Myślę jednak, że jako partner spisywałem się nie najgorzej. Dojścia do drugiej, zasadniczej turniczki na tej linii broni jeszcze tylko kilkumetrowa ścianka lodowa. Jakieś 80 stopni. Teraz mamy już przed sobą tylko skalne płyty i zacięcia. Nie ma na co czekać. Łyk wody, kęs batona, zmieniamy skorupy na butki wspinaczkowe i napieramy dalej. To się nazywa wspinanie. Ładna pogoda, w miarę lita skała, nowa droga. Czegóż można chcieć więcej. Sama esencja życia. Życia w górach. Ale zaczyna się robić późno. Trzeba zagęszczać ruchy. Na niebie powoli zaczynają gromadzić się chmury.
Skała przyjemna
czasem przetykana
małymi płatami śniegu.
a czasem nie.
Trzeba uważnie obserwować co się dzieje. Dochodzimy prawie pod grańkę śnieżną. Maciej dochodzi do grańki, a ja już szykuję zjazd. Zanim zjedziemy trzeba oczyścić półkę z większych kamieni. Żaden z nas nie ma ochoty przyjąć "małej wieży" na głowę. Taką jedną zrzucamy na dół. Zapach siarki unosi się przez kilka minut w powietrzu. Lodowiec jest widoczny nie daleko, ale jeden zjazd to za mało. Dwa też. Dopiero przepinka na połączeniu skały i lodu pozwala nam zjechać na lodowiec którym można już iść "normalnie". Wiążemy się jeszcze raz i schodzimy w dół lodowca. Skąd oni biorą tych meteorologów. Pogoda miała się zepsuć i się psuje. Rozbieżności mogą dotyczyć co najwyżej godzin. W zejściu znacznie gorzej idzie nam kluczenie pomiędzy szczelinami. Ale w końcu dochodzimy do "płaskiego" lodowca. Niestety wypłukany wodą i roztopiony słońcem lodowiec wymaga od nas założenia raków.
... a Maciek je
i przegląda przewodniki
Kilka upadków uświadamia mi, że jednak szkoda kończyn i stawów. Dochodzimy na wysokość schronu w deszczu i po zmierzchu. Ciemno jak cholera. Macamy naszymi czołówkami ścianę w poszukiwaniu drabinek prowadzących do schronu. Nie ma. Zdemontowali? Maciej twierdzi że jesteśmy za blisko, ja że za daleko. Wymieniam w końcu baterię w latarce i podchodzę bliżej ściany. Jest... cóż za radość. Za 20 minut będę w schronie. Marzę tylko żeby ściągnąć te pieprzone skorupy, zmienić ciuchy, wypić coś i wskoczyć do kochanego śpiworka. Jutro ma być chlapa, która zresztą zaczęła się już dziś. A więc jutro dzień "restu". I tak też to wygląda. Schron opustoszał. Zostaliśmy my i "MacIntyre", no i jeszcze robotnicy rozbudowujący schron. Po nich zresztą dzień później przyleciało śmigło. Zostaliśmy we trójkę oraz kociak i psiak, którego Maciek ochrzcił na potrzeby naszego pobytu w schronie "Miciu". Ja prawie całe popołudnie przesypiam, a Maciek je i przegląda przewodniki. Zaczyna też pracować nad opisem drogi, który mówi sam za siebie.

... przyszła kolej żeby
zostawić coś dla potomnych.
Cały dzień martwimy się o pogodę na jutro, ale wygląda na to że załapiemy się na okienko słoneczne. I tak też było. Na podstawie wcześniejszego rozeznania warunków, dochodzimy do wniosku, że pozostaje nam wspinanie jedynie na południowych ścianach. Wszystko inne zaprute jest śniegiem bez szans na przeczyszczenie. Wybieramy więc drogi na Aiguille Pierre-Joseph. Niedaleko schronu i łatwo można zjechać.
Aiguille Pierre-Joseph
w przewodniku...

Rano wszystko co jest w cieniu - oszronione. Nie spieszymy się więc zbytnio. Ale jak tylko pierwsze promienie zaczynają głaskać wybraną przez nas ścianę, ruszamy. Po drodze spotykamy świstaka. Wcale nie zawijał w sreberka... Pogoda świetna, ładna ściana przed nami. Cóż nam pozostaje... Tym razem ja zaczynam. Pierwszy wyciąg idzie bardzo ładną ukośną rysą. Dochodzę do trawiastej półeczki i ściągam Macieja, Drugi wyciąg prosty, do momentu... no właśnie. Dochodzę do małej ścianki ograniczającej ładny filarek. Do ścianki przyklejona niewielka płetwa przechodząca później w małe zacięcie. Zakładam przelot tuż pod płetwą i napieram. Idzie łatwo do momentu gdy chcę się wstrzelić w zacięcie. Ni cholery nie idzie. Maciej mnie opuszcza z powrotem na półkę. Próbuję drugi raz. I trzeci. W końcu ściągam Macieja. On też próbuje bezskutecznie. Mamy trzy możliwości. Obejść to miejsce z prawej po prawie gładkiej płycie ograniczającej z lewej strony nasz filarek, uderzyć na ściankę ograniczającą naszą półkę z prawej lub napierać do góry po próbowanej już linii. Maciek próbuje płytę. Ale perspektywa lotu z dużym wahadłem nie napawa optymistycznie. Ja próbuję jeszcze dwa razy uderzyć na płetwę. Nie mam już na nią siły. Ale nie dajemy za wygraną. Badam ostrożnie lewą stronę filarka. Po dłuższym macaniu skały znajduję dwa stopnie. Nawet "dobre", po prostu kilka centymetrów kwadratowych mniej pochyłej skały. Tylko dlaczego są tak wysoko. Ale kombinuję. Przez myśl przechodzi - stań na nich to do klamy po lewej nawet będziesz mógł "strzelić". Tylko jak się do nich dostać. Próbuję różnych opcji. Chwyty?! Tylko małe wampirki. Ledwo paznokieć zahaczysz. Próbuję się wyciągnąć i ...
... i z bliska.
Tutaj też z bliska,
tyle że trochę wyżej.

cóż, zdarza się małe wahadełko. Na szczęście nic się nie stało. Kolejny raz napieram skuteczniej. Teraz nie mam wyjścia. Pozycja i balans na dwóch upatrzonych stopniach nie dają już szansy wycofu bez lotu z "wahadełkiem". Ale strzał do klamy też nie wygląda najlepiej. Znów olśnienie. Zamień nogi na stopniach to dasz radę. Po małym balecie na stopniach w końcu mi się udaje. W chwili złapania dobrego chwytu, schodzi ze mnie całe napięcie, jak ciśnienie z balona. Sam nie wiem jak to zrobiłem, ale się udało. Idę dalej rysą i (to chyba była nagroda) znajduję ekspres i dwie kosteczki. Pewnie ktoś na tym zjeżdżał. Zakładam stan. Dochodzi Maciek i "podstępnie" przejmuje prowadzenie. Niby, że muszę odpocząć po tym wyciągu. Idziemy dalej po skosie w górę, trochę trawersów i półek z blokami skalnymi, trochę małych zacięć. Kolejny stan. Maciek idzie dalej pierwszy. Jest z dwadzieścia, może trzydzieści metrów nade mną. Obserwuję uważnie. Coś kombinuje przy małej przewieszce i bloku skalnym. Po chwili odpuszcza, a ja słyszę z góry:
Maciej, tuż pod dudniącym...
"bloczkiem"

- Michał! Ten blok dudni.
- A jaki jest duży?
- Jakieś... Jedno piętro!?
Spojrzałem nad siebie. K...wa mać! On wisi dokładnie nad moją głową. Jak to poleci to nie będzie co zbierać. Modlę się w myślach:
- Stary. Proszę!!! Nie zrzuć mi tego na głowę...
Dopiero jak Maciek wlazł na półkę nad tą kamieniczką, zeszło ze mnie napięcie, ale jak zwykle do czasu, bo wspinaczka po niej była też przede mną. Robimy jeszcze jeden wyciąg i kończymy drogę. W drodze do schronu jeszcze raz spotykamy świstaka, który nic sobie z nas nie robi. Jak byśmy byli normalnymi elementami w tym środowisku.
Po dojściu do schronu zastanawiamy się czy schodzić jeszcze dziś czy jutro rano. Z prognozy na najbliższe dni nie wiadomo czy się cieszyć czy nie. Ma być nie stabilnie. Czyli może być i dobrze i źle. Ale warunki w ścianach się nie poprawią, więc na nic konkretniejszego nie ma specjalnie już szans. Zobaczymy jutro. Decyzja zapadła. Schodzimy jutro rano. Najwyżej nas zleje. Wieczorem, w schronie, jesteśmy świadkami rozmowy telefonicznej jak "McIntyre" tłumaczy komuś że:
- ... nie ma już wspinania na północnej G.J. Warunki w ścianie trudne. W tym roku ściana ZAMKNIĘTA... (oczywiście w dosłownym tłumaczeniu)
Strasznie nas to rozbawiło, ale cóż On tu jest gospodarzem... Rano budzimy się, a za oknem kilka cm świeżego puchu. W związku z tym nie spieszymy się zbytnio, ale każdy z nas wie, że ta przyjemność nas nie ominie. Na szczęście zaczyna się nieznacznie przecierać i wychodzimy w nie najgorszej pogodzie. Ale i tak co jakiś czas popadywało. Cały czas napieramy po lodowcu z nadzieją że napotkana morena jest ostatnią. Niestety nie ma lekko... Im bliżej kolejki (a za tym końca lodowca) tym więcej szczelin, w których ćwiczą przewodnicy ze swoimi klientami, a pomiędzy którymi musimy kluczyć. Deszczyk niestety sprawił, że jest bardzo ślisko i ciężko idzie się bez raków. Maciek założył je już dawno, a ja ponieważ schowałem je do plecaka zwlekałem z tym dość długo. Ale pokorę trzeba mieć w sobie (choćby namiastkę). W końcu napotykam szczelinę przed którą pomyślałem sobie:
- ... chyba masz stary jeszcze trochę rzeczy w tym życiu do zrobienia.
... i założyłem raki. Może na 3 min... Ale warto było. Tuż przed dojściem do drabinek zeszła mgła i uświadomiliśmy sobie jak dobrą decyzją było przesunięcie zejścia na rano. Niechybnie nocowalibyśmy na lodowcu.
Za nami...
... rodzą się marzenia
W Chamonix'ie obiadek, prysznic, jakieś zakupy i dylematy co robimy dalej. Po kilku godzinach dyskusji i zastanawiania decydujemy się pojechać do Grindenwaldu pod północną ścianę Eigeru. Na miejscu (niestety) ze względu na ceny odpuszczamy wejście na jakiś "znaczący" szczycik i robimy małą wycieczkę po szlaku z którego znakomicie widać Eiger i jego "nord face". Łaskawie odsłania się kilkakrotnie. Jak zwykle w nowych miejscach w jakich się pojawiamy, rodzą się plany, nowe cele, rodzą się MARZENIA...
... niech linia
mówi sama za siebie.

Droga MA-IKA jest dedykowana naszym... (one wiedzą i to wystaczy).

Poniżej znajdziesz jeszcze trochę zdjęć zarówno z naszego pobytu w Alpach Zachodnich jak też z Alp Berneńskich:
Wycof robotników
z lodowca.
Jeden z wyciągów
naszej drogi...
i my zaraz po dotarciu
na lodowiec
Świstak wcale nie zawija
w sreberka...
Miciu we własnej
osobie
A Milka nie jest fioletowa.
Alpy Berneńskie
... a Eiger, łaskawie odsłania
swe północne oblicze.
Tym razem poranek
w Grindenwaldzie
© Copyright Michał Włodarczak