Mało, ale treściwie.

Myślę, że tak można w skrócie skomentować nasz wyjazd w Dolomity. Nasz tzn. Adama i mój. Mieliśmy wyjechać wcześnie rano 2 sierpnia 2000. Skończyło się na tym, że rogatki Poznania mijaliśmy grubo po dwunastej. Zaplanowana trasa wiodła przez Niemcy (ze względu na autostrady), Austrię do Włoch. Na miejscu znaleźliśmy się ok. trzeciej w nocy następnego dnia. Adam był w Dolomitach już dwa razy, więc sprawę znalezienia jakichkolwiek noclegów mieliśmy z głowy. Pierwszy nocleg mieliśmy na czymś w rodzaju dużego parkingu niedaleko kampingu "Olimpia", ale był to ponoć jakiś teren wojskowy. Nic więc dziwnego, że obudzili nas rano żołnierze i kazali się stamtąd zwijać. Po drugim ostrzeżeniu zwinęliśmy czym prędzej namiot i ruszyliśmy w kierunku naszej "bazy" - Cortiny d'Ampezzo. Zostawiliśmy samochód na parkingu i poszliśmy na zakupy. Trzeba było uzupełnić trochę zasoby sprzętowe zanim ruszymy na podbój ścian. Brakowało nam głównie dużych kości (hexów) i młotków. Na szczęście spotkaliśmy w jednym ze sklepów chłopaków z Polski, od których dowiedzieliśmy się, że większość dróg jest obita i kości przydają się bardzo sporadycznie, a młotek i haki wcale. Kupiliśmy więc tylko hexy i wróciliśmy do samochodu zjeść śniadanie. Pogoda była taka sobie. Co prawda nie padało (z początku), ale niebo było zachmurzone i wiał dość silny wiatr. Jak pod wieczór zaczął nas moczyć alpejski "deszczyk" z nadzieją na lepszą pogodę zaczęliśmy szukać najtańszego kampingu. Niestety w cenach nie specjalnie możemy wybierać. Wszystkie kampingi, które odwiedziliśmy mają taki sam cennik. Można natomiast "wybierać" w warunkach i zatłoczeniu. Jedyny tańszy kamping znajduje się w Misurinie. Pomimo pogody obraliśmy cel ewentualnego jutrzejszego ataku, nastawiliśmy budzik na 5:30 i poszliśmy spać.

4 sierpnia 2000

Pada, pada i jeszcze raz pada. Nawet po południu się nie przejaśniło. Czekamy. Jedyne co nam pozostaje to spacer po sklepach Cortiny. Ale przecież nie po to żeśmy tutaj przyjechali. Czekamy. Nawet jeść specjalnie się nie chce. Plany odkładamy na dzień następny.

5 sierpnia 2000

Rano budzi nas deszcz. Scenariusz dnia poprzedniego się powtarza. Wieczorem mamy zamiar zmienić okolice i pojechać do Arco. Dowiadujemy się jednak, że taka pogoda jest prawie w całych Włoszech, ale ma się trochę poprawić. Zmieniamy plany. Wieczorem podjeżdżamy pod Col dei Bos. Wieczorem troszkę się przejaśniło więc mogliśmy poobserwować ścianę przez lornetkę. Trochę odżyliśmy, ale pogoda nadal nie napawała optymizmem. Tę noc przespaliśmy w wagonikach kolejki gondolowej na 5 Tori. O tym co robimy dalej zadecydujemy rano.

6 sierpnia 2000

Col dei Bos. Mgła. Niebo zachmurzone. Adam nie jest przekonany do wyjścia w ścianę. Pogoda nie pewna, skała mokra. Ok. 7 decydujemy się podejść pod ścianę. Tam zadecydujemy co dalej. Obok przydrożnego baru szpeimy się i przygotowujemy tak jakbyśmy mieli się wspinać. Spod baru ruszamy kilka minut po ósmej. Pod ścianą decydujemy się jednak spróbować, jak zacznie padać to zjeżdżamy. Idziemy na lekko, bez butów na zmianę i innych potrzebnych sprzętów takich jak np. latarki, z założeniem zjazdów przed zmrokiem. Pierwszy wyciąg idzie gładko. Okazuje się, że droga jest ładnie obita pomimo niewielkich trudności. Własne przeloty zakładamy dość rzadko. Jak na pierwszy raz wspinamy się chyba dość szybko, przeszkadza tylko mokra skała. Sporo ringów po drodze znacznie przyspiesza wspinaczkę. Cała droga jest dość ładna, poprowadzona w litej skale. Za dużo jednak trawersowania. Kilka odcinków biegnie po skosie co ma niemały wpływ na późniejsze zjazdy. Staramy się robić długie wyciągi (kilka razy idziemy z lotną) co również skraca czas wspinaczki. Drogę kończymy między trzecią, a szóstą. Trudno ocenić, gdyż nie zabraliśmy zegarka. Ponieważ pogoda nadal nie jest pewna szybko zaczynamy zjeżdżać. Ta decyzja okazuje się jednak błędną. Przy pierwszym zjeździe blokuje się lina. Wychodzę po niej do góry pod wyjściowy kominek, ciągnę... bez rezultatu. Muszę dojść do stanowiska zjazdowego. Ściągnięcie liny trwa chyba 1,5 godziny. W końcu dochodzę do trzęsącego się z zimna Adama. Jedziemy dalej. Okazuje się, że zjazdy zajmują nam zbyt wiele czasu, ale na odwrót jest za późno. Kontynuujemy to cośmy zaczęli. Zaczyna się robić ciemno. Trawers w połowie ściany robimy w całkowitych ciemnościach (bez czołówek). Ze względu na sytuację decydujemy się na nockę w ścianie. Na szczęście jesteśmy na dość dużej wygodnej półce. Była to jedna z dłuższych nocy w moim życiu. Zaczęło się od zorganizowania sobie legowiska na linach. Nie byliśmy zbyt ciepło ubrani więc w różny sposób próbowaliśmy się rozgrzać. Najprostszym i jednym z najskuteczniejszych sposobów jest po prostu przytulenie się do siebie. Adamowi po jakimś czasie udało się zasnąć. Ja musiałem niestety spacerować w miejscu, żeby rozgrzać stopy. Całe szczęście, że w nocy nie padało. Jak tylko zaczęło się rozjaśniać zaczęliśmy przygotowania do zjazdów. Ok. 9 byliśmy u podstawy ściany. Łącznie 24 godziny w ścianie. Wstyd przyznać, że na tak prostej drodze. Dodam też, że zejście od tyłu trwało by może 1,5 do 2 godzin.

7 sierpnia 2000

Tak odpoczywaliśmy na kempingu Odpoczywamy. Jemy. Odpoczywamy. Właściwie to ja odpoczywam, bo Adama roznosi energia (nie wiadomo skąd) i nawet przespać się nie pozwoli. Jednym słowem każdy na swój sposób próbuje zregenerować choć w części swój organizm. Wieczorem znów planujemy wyjście na dzień następny. Wybór pada na Cima Cason di Formin. Biegną tam trzy drogi, z którymi możemy się zmierzyć. Wybór ostateczny zapadnie jednak pod samą ścianą.

8 sierpnia 2000

Widoki są piękne, ale chmury nie ciekawe Trochę zaspaliśmy. Po szybkim śniadaniu wychodzimy ok. dziewiątej. Trochę trzeba podjechać, a później jeszcze podejść. Pod ścianą jesteśmy przed jedenastą. Na jednej z dróg widzimy jeden zespół. Nie będziemy sami; to zawsze dodaje otuchy. Dzisiaj droga krótsza, ale za to trochę trudniejsza. Pierwszy wyciąg prowadzi Adam. Chyba jest dziś nie w formie, ale sobie radzi. Drugi napieram ja. Muszę przyznać, że wycenione na 4/5 zacięcie więcej daje się we znaki niż mały okapik 5+. Dziwne. Znów się zmieniamy. Czwarty i piąty wyciąg robię ja. Na starcie piątej długości liny złapany chwyt zostaje mi w ręce. W mgnieniu oka znajduję się jakieś trzy metry niżej. Na szczęście start do tego wyciągu trawersuje nieco na lewo od stanowiska i nie spadam na Adama i niespecjalnie pewne stanowisko. Idę dalej. Po ok. 35 metrach spoglądam w dół. Lufa niesamowita. Stoję na płycie z dość dobrymi chwytami, ale zaczyna się robić trudniej. Ostatni przelot ok. 10m pod moim tyłkiem, a kolejnego przelotu nie ma gdzie założyć. Wkładam małą kostkę, ale chyba tylko dla uspokojenia, bo i tak nie wierzę że mnie utrzyma gdybym... Ruszam dalej, spoglądam pod siebie; włożona przed chwilą kostka wisi na poprzednim przelocie. Cortina o czwartej nad ranem Teraz to i tak nie ma znaczenia gdyż stoję na małej półeczce i odpoczywam. Po dojściu Adama decydujemy się na trawersowanie do łatwiejszego terenu i wcześniejsze skończenie drogi. Nauczeni poprzednia drogą liczymy każdą minutę. Trawersik trudny nie technicznie lecz psychicznie. Taki rzęch, że to się w pale nie mieści. Przechodzimy ostatni wyciąg i od razu zaczynamy szukać zejścia. Według przewodnika ponoć jest. Nie potrafimy jednak rozszyfrować tekstu i ostatecznie decydujemy się na zjazdy. Scenariusz z poprzedniej wspinaczki się powtarza. Kłopoty z liną. W połowie ściany łapie nas burza z gradem. U podstawy ściany jesteśmy ok. trzeciej.

9 sierpnia 2000

Odpoczynek. Jednym słowem wypisz, wymaluj dzień jak 7 sierpnia, z tą jednak różnicą że bardziej zmęczony jest dzisiaj Adam. Dzień oczywiście zlatuje na robieniu głupot i łażeniu po południu po sklepach. Wieczorem planujemy następną drogę. Propozycje są dwie; do wyboru jutro rano. Obie w rejonie Tre Cime. Spitagoras 5+, 400 m, ale z możliwością zejścia i Via Dulfer 5+, 250 m na Cima Grande.

10 sierpnia 2000

Wcześnie rano wstajemy, jemy śniadanie i ruszamy w kierunku Misuriny. Tam podejmujemy decyzję: Via Dulfer. Największym mankamentem dojazdu pod Cimy jest płatna droga, ale mówi się trudno. Ruszamy pod ścianę. Po drodze obserwujemy inne ściany. Wspina się wielu ludzi. Czasami na jednej drodze 5!!! zespołów. To chyba lekka przesada. Widok na Tre Cime. Schodzimy nie podejmując nawet walki, ale jeszcze tu wrócimy!!! Powoli dochodzimy pod naszą górę. Spotykamy dwóch Niemców wycofujących się ze względu na zatory na drodze. Chwilę rozmawiamy, chcą się do nas dołączyć. Nie przeszkadza nam to, tym bardziej, że znają drogę zejściową. Ruszamy dalej, oni jednak rezygnują. Niestety opis w przewodniku nie pozwala nam na znalezienie początku drogi. Szukamy go chyba z godzinę i nic. Pada propozycja: jak nie znajdziemy jej do 11:00 to schodzimy i jedziemy do Arco. Zbadamy teren, może kupimy jakieś przewodniki i trochę się powspinamy w skałach. Tak też robimy. Wieczorem jesteśmy już nad jeziorem Garda. Pozostaje nam tylko zjeść lody i pobuszować po sklepach ze sprzętem. Wybór duży, ale ceny pomimo obniżek nie zachęcające. Kupujemy przewodnik po całym rejonie, niezbyt tani ale na pewno przyda się w przyszłości. Jemy kolację i kładziemy się spać.

Ostatnie zdjęcia Dolomitów. Na tym wyjeździe oczywiście

11 sierpnia 2000

Plan na dzisiaj:Adam na tle jez. Garda

1. wykąpać się

2. złoić jakąś drogę ok. 6a

3. wykąpać się ...

4. ... i wracamy do domu.

Widok na ścianę, na której się wspinaliśmy. Tak też robimy. Przedtem jemy oczywiście jako takie śniadanie i idziemy pod ścianę. Pierwszy startuje Adam, ale bez rezultatu. Skała niestety jest zbyt ciepła. Potem próbuję ja. Przejście niezbyt stylowe, ale teren wybadany. Adam po jakimś czasie przechodzi tę samą drogę. Podczas prowadzenia pot leje się z nas strumieniami. Wniosek: szukać ścian północnych, albo wspinać się gdy nie ma słońca. Ok. 13:00 ruszamy w drogę powrotną do Polski. W Poznaniu jesteśmy ok. 9:00 dnia następnego.

Takie obrazki można spotkać w Arco.

Epilog

Mogło by się wydawać, że tak naprawdę to nic wielkiego na tym wyjeździe nie zrobiliśmy. Może i racja, ale w trakcie tych dwóch wyjść w góry nauczyłem się więcej niż od początku mojego wspinania (wspinam się od czterech lat). Nauczyłem się przede wszystkim respektu dla gór, tego, że trzeba wiele rzeczy przed wyjściem ustalić z partnerem, odpowiedzialności nie tylko za siebie; o czysto technicznych sprawach nie wspomnę. Jednym słowem więcej się nauczyłem niż nawspinałem i z tego powodu jestem zadowolony. Poza tym krótka wizyta w rejonie Arco nasunęła nowe pomysły na następne wyjazdy.

Informacje praktyczne

Poniżej podaję możliwości z jakich my skorzystaliśmy, więc nie są to informacje pełne, ale zainteresowanym pozwolą się zorientować przynajmniej w niektórych możliwościach.

Zrobione drogi:

Dojazd Jechaliśmy z Poznania przez Świecko, na Monachium, Insbuck na przejście graniczne w Brennero i z tamtąd do Cortiny d'Ampezzo. Naszym zdaniem jest to najlepsza i najszybsza droga. Oprócz benzyny musicie wydać pieniądze za przejazd przez Austrię (16 DM za autostradę i 10DM za tygodniową winietkę lub 22DM za winietkę dwumiesięczną). Autostrady niemieckie są bezpłatne. Nie opłaca się natomiast płacić za autostrady włoskie. Te kilkaset kilometrów można przejechać po zwykłych drogach (w porównaniu do naszych pierwsza klasa). Na miejscu płatna jest tylko droga pod Tre Cime 30.000L lub 31DM.
Noclegi Na upartego można znaleźć kilka miejsc do rozbicia na dziko, ale jest ich nie wiele i trzeba rozbijać się późno i zwijać wcześnie. Jenym z nich może być plac na przeciw hotelu Fiames, kilka kilometrów przed Cortiną. Ceny wszystkich kempingów w rejonie Cortiny są takie same. Od 25.07 do 21.08 ceny są najwyższe. Wcześniej i później maleją. Osoba 13.000L, (dzieci 8.000L), namiot, przyczepa kempingowa, samochód kempingowy po 17.000L. Tańszy jest tylko kemping w Misurinie. Osoba 9.000L, Samochód 5.000L, namiot 7.000L, prysznic (chyba?) 2.000L
Przewodniki Na miejscu jest duży wybór przewodników, w zależności od potrzeb. Myśmy korzystali z "Arrampicate in Dolomiti" (16.500L, włoski i angielski). Jest tam kilkanasie dróg o różnych trudnościach i różnych masywach górskich. Kilka ze schematów z tego przewodnika można znaleźć na stronie www.mnet-climb.com. Są dostępne przewodniki zarówno z drogami klasycznymi jak też o charakterze skałkowym. Ceny zazwyczaj nie przekraczają 20.000L

Najobszerniejszy przewodnik po okolicach Arco jaki nam się udało znaleźć to "Arco Falesie" (38.000L). Obejmuje rejony przedstawione na mapce.


Mapy Myśmy korzystali z mapy wydawnictwa Kompass nr617 skala 1:25000. Bardzo dobra.
Inne Jeśli macie możliwość to zabierzcie ze sobą jak najwięcej jedzenia z Polski. Tam jest strasznie drogo i zwiększanie wydatków poprzez kupno jedzenia na miejscu (poza produktami niezbędnymi) jest bezcelowe. Warto również zabrać ze sobą logiczny zapas pieczywa. Włoski "dmuchany" chleb nie specjalnie nadaje się do zaspokojenia głodu.

 

 
© Copyright Michał Włodarczak