Niskobudżetowy wyjazd pt.: Grań Tatr Zachodnich zimą !!!

Wszystko zaczęło się w październiku, kiedy to na pierwszym po wakacjach spotkaniu KW Poznań poznałem Adama. Na początku jak zwykle gadka szmatka i okazało się, że tak jak ja jest studentem PP (czyt. Polibudy). Na jesień planuje się zwykle wyjazdy zimowe. Tak też było i w naszym przypadku. Wstępne decyzje zapadły. Jeśli uda się pożyczyć sprzęt (bo niestety żaden z nas nie jest szczęśliwym posiadaczem wystarczającej ilości sprzętu do wspinaczki zimowej) to jedziemy na "podbój" Naszych Tatr Wysokich. W przeciwnym przypadku pozostaje nisko nakładowa "wyprawa" pt.: Grań Tatr Zachodnich - Zimą. Nasze starania jak można było przypuszczać spełzły na niczym, wobec czego wybór był prosty.

Mamy cel, ale ... No właśnie, pozostaje skład ekipy i ostateczne przygotowania. W tym miejscu sprawa nie była prosta. Agitacja prowadzona na wielu frontach przyniosła następujący efekt: dwie ekipy przygotowujące się do wyjazdu niezależnie. Pierwsza to Maciej (KW POZNAŃ) i Paweł (WROCŁAW). W skład drugiej wchodzą Adam (KW POZNAŃ), Paweł (POZNAŃ) i ja czyli Michał (KW POZNAŃ). Ciekawe jest to, że skład drugiej ekipy ukształtował się dopiero w dniu wyjazdu. Ale najważniejsze, że są zespoły i niezbędny sprzęt w pełnej gotowości (nie do końca kompletny - jak się okazało Paweł żeby wyjechać musiał sobie kupić raki bo wszystkie możliwości pożyczenia zawiodły).

Dzień wyjazdu, jak się można domyślać obfitował w gorące, ostatnie przygotowania. Dziesiątki telefonów, bieganina no i wreszcie spotykamy się na dworcu. Mamy szczęście. Spotykam Błażeja, który oferuje nam miejsca w zarezerwowanym przedziale. Tym sposobem częściowo omija nas Wolna Amerykanka w walce o miejsce siedzące... Wysiadamy w Zakopanem i pierwsze kroki kierujemy do starego postkomunistycznego (przynajmniej z wyglądu) baru naprzeciwko dworca PKS. Tam spotykamy się z drugą częścią grupy. Śniadanie, miasto, ostatnie zakupy, wymiana waluty (wyjeżdżamy przecież na Słowację)... Granicę przekraczamy w Chochołowie i ... niestety autobus, a właściwie jego brak nie jest powodem do śmiechu. Udaje nam się jednak namówić jednego z miejscowych właścicieli "większego" środka transportowego na przewiezienie nas we wskazane na mapie miejsce (oczywiście za odpowiednią opłatą - to nie był św. Mikołaj).
Wszyscy gotowi do boju.
Od lewej: Maciej, Paweł, Adam i Paweł

Tego samego dnia próbujemy dojść z Wyżniej Huciańskiej przeł. na przeł. Huciańską od której de facto zaczyna się Grań Tatr Zachodnich. Niestety wobec braku dokładnej mapy (aż wstyd się przyznać) nic z tego nie wychodzi. Ale nic to może spróbujemy jutro rano. Wracamy na Wyżnią Huciańską i rozbijamy namioty w lesie niedaleko szosy. Silny wiatr dość długo nie pozwala mi zasnąć, ale jakoś udaje mi się "uciąć komara" (dobre i to).

28 grudnia.

Wstajemy dość późno. Gotujemy, pakujemy się i ok. 900 ruszamy. Decyzją większości głosów rezygnujemy z Huciańskiej i startujemy bezpośrednio z Wyżniej Huciańskiej. Ponieważ początek grani nie pokrywa się ze szlakiem turystycznym więc próbujemy wstrzelić się w rzeczywistą grań i na szczęście tutaj nie ma pomyłki. Ok. trzy godziny torujemy drogę brnąc po pas w śniegu bądź przedzierając się przez krzaki. Ale w końcu docieramy pokonując po drodze Jaworzynę do przedeptanego szlaku turystycznego, który od teraz będzie nam towarzyszył prawie do samego końca. Po drodze Paweł (Wrocław) narzeka na żołądek i w końcu stwierdza, że w takim stanie nie da rady iść dalej i zawraca. Zostajemy we czwórkę. W pierwszym dniu udaje nam się dotrzeć prawie do Siwego Wierchu. Nie bez kłopotów rozbijamy namioty na miękkim śniegu i pomimo silnego wiatru jakoś przesypiamy tę noc.

29 grudnia.

... trzeba umyć ząbki.
Nie wiadomo kogo spotkasz na trasie...
... a tak się ładnie zapowiadał ten dzień.
Szczytne założenia na dzień dzisiejszy to: wstajemy wcześniej niż wczoraj i próbujemy dotrzeć pod Wołowiec. Ha, ha, ha. Rzeczywiście wstajemy wcześniej (i na tym koniec), ale od samego początku coś nam się wędrówka nie klei. Wychodzi zasiedziały poznański tryb życia. Stwierdzamy też, że mamy mało pojemników na wodę, a gotowanie w takich warunkach (silny wiatr) zajmuje za dużo cennego czasu i zżera za dużo gazu. Jedyne na co nie można narzekać to chyba pogoda, choć ok. południa łapie nas mgła. Nie jest to nastrajające pozytywnie zjawisko więc idziemy dość wolno, ... ale idziemy. Nie trwa ona jednak zbyt długo i wynagradza nas piękną tęczą. Od razu ruszamy z kopyta, kilka fotek ...

Chwila odpoczynku
na słoneczku
Taka ekipa dotarła
do polskiej granicy.
...i lądujemy na Banikowskiej przeł. Mamy szczęście bo wygląda ona prawie jak pole namiotowe, tzn. że rozbijamy namioty na przygotowanych platformach. Już można odczuć pierwsze oznaki zmęczenia. Okazuje się, że musimy racjonować żywność i gaz, którego zabraliśmy za mało. Wieczór wygląda identycznie jak wczoraj: rozbijamy namioty, lokujemy się w śpiworach, zmieniamy mokre ubrania, gotujemy, planujemy dzień jutrzejszy no i zasypiamy. Całe szczęście, że w nocy nie wieje, ale nic za darmo - jest cholernie zimno (szkoda, że nie mamy termometru).

30 grudnia

... Banikov na dzień dobry.
Tak wygląda Banikow i grań
po jego przejściu (od wschodu).
Banikov na dzień dobry. Oznacza to, że zaczynają się pierwsze trudności techniczne. Szlak wygląda mniej więcej jak nasza Orla Perć. Niektóre odcinki cholernie zalodzone, że nawet raki kiepsko się trzymają, inne natomiast takie że puch sypie się spod nóg i nie ma się czego złapać. Wspinanie w górę jeszcze jakoś idzie, znacznie gorzej jest przy schodzeniu. Maciejowi w pewnym momencie siada psycha, ale na szczęście jakoś się pozbierał. Ja wpadam na głupi pomysł dupozjazdu (w rakach!!! - idiotaaaaaa !!!).
Adam: - Żyjesz!? - Żyję - odpowiadam. Całe szczęście, że mały fikołek i bardzo krótki, niekontrolowany zjazd nauczył mnie rozumu (raz na całe życie). Zaczynają się braki kondycyjne u chłopaków, mnie natomiast dzisiaj idzie się znacznie lepiej niż wczoraj. Przechodzimy Hrubą Kopę i Trzy Kopy. Rochacze też nie oszczędzają nam trudności. Najgorszy jest lód i bardzo strome zbocza na których najmniejsze potknięcie może się skończyć bardzo nie ciekawie. Docieramy wreszcie do granicy - na Wołowcu spotykamy po raz pierwszy od kilku dni polskich turystów. Dostajemy od nich litrową butelkę na wodę (zawsze to więcej zbawiennego płynu podczas drogi). Niestety od tego momentu zostajemy we trójkę. Maciej ze względu na zmęczenie schodzi do schroniska w dol. Chochołowskiej. Adam, Paweł i ja idziemy dalej. Pod wieczór tracę swój popołudniowy zapał i teraz ledwo powłóczę nogami. Paweł jak zwykle chce iść cały czas do przodu, aż do samego Kasprusia (taki już jest - młody i nie wyżyty). Śmiejemy się z Adamem, że jak ma ochotę to może nam przynieść z Kasprowego dwa hamburgery, ale muszą być ciepłe. Trawersujemy Łopatę i rozbijmy po raz kolejny namiot na przeł. Niskiej pod Jarząbczym Wierchem.
Pierwszy nocleg
i pierwsze zdjęcie na naszej ziemi.
Musimy dobrze wypocząć (ha ha ha), bo jutro czeka nas dużo podejść.

Sylwester

Plan: dojść za jasnego na Ciemniak i jak nogi pozwolą doczołgać się przy "łysym" do Kasprusia, żeby chociaż Nowy Rok powitać w średnio cywilizowany sposób. Niestety chyba nie było nam dane zrealizować tego planu w żaden sposób. Wiatr z dnia na dzień był coraz silniejszy i w Sylwestra już wiał z taką siłą, że mieliśmy kłopoty z poruszaniem się. Kilkusetmetrowe podejścia (było ich kilka) też w znaczny sposób nadwerężyły nasze i tak skromne już zapasy sił. Na Błyszczu zamieniamy kilka zdań z polskim turystą; zawsze to miło z kimś porozmawiać po drodze. Podczas podchodzenia na Kamienistą wiatr się wzmaga. Na Hlińskiej przeł. chwila odpoczynku i po raz pierwszy zastanawiamy się co dalej jeżeli wiatr nie ucichnie. Smreczyński Wierch trawersujemy od północy i wychodzimy na szczyt północnym żebrem. Wobec świadomości zagrożenia wyjechania z lawiną przeżywamy z Adamem horror na zboczach Smreczyńskiego Wierchu. Już na szczycie zazdroszczę Pawłowi jego nieświadomości (jest w Tatrach zimą po raz pierwszy). Schodzimy już po ciemku. Wiatr nie cichnie, a można powiedzieć nawet, że wręcz przeciwnie. Smerczyńska przeł. nie daje żadnych możliwości rozbicia namiotu w takich warunkach. Decyzja jest następująca: pijemy resztki płynów jakie nam zostały i idziemy do pierwszego miejsca gdzie da się rozbić namiot. Można powiedzieć, że na koniec dnia (miesiąca i roku) mamy szczęście. Tuż pod Tomanowym Wierchem Polskim znajdujemy spory nawiew śnieżny, za którym ... stoi już rozbity namiot z lokatorem. Jak się dowiaduję zepsuliśmy Marcinowi (z Gdańska) Sylwestra. Przyszedł tu żeby przywitać Nowy Rok samemu. Nigdzie już chyba nie można być pewnym, że będziesz na pewno sam i że nikt ci nie będzie przeszkadzał. Poczułem się trochę głupio, ale nie mieliśmy innego wyjścia musieliśmy się rozbić obok. Nowy Rok przyszedł niezauważony (przez nas).

Nowy Rok

Czerwone Wierchy - piękne,
jak się okazało tylko z daleka.
Ranek wskazuje na to, że dziś osiągniemy upragniony cel. Tomanowy Polski i Suchy Wierch poszły gładko. Zaczynamy wspinać się stromym zboczem na Stoły. Pogoda wspaniała. Grań Ciemniaka jest okropna (przynajmniej na początku). Niby nic wielkiego, ale taki rzęch, że aż strach postawić nogę na skale lub czegoś się złapać. W końcu docieramy na szczyt. Tutaj niestety rozwiewają się wszelkie nadzieje (dosłownie i w przenośni). Wiatr wieje z taką siłą, że trudno utrzymać równowagę nie mówiąc o poruszaniu się w którąkolwiek ze stron. Nawet z wiatrem idzie się ciężko, tym bardziej że to nie po drodze. Ale jeszcze nie rezygnujemy. Próbujemy. Niestety wobec faktu, że droga od Krzesanicy do Małołączniaka zajmuje nam mniej więcej trzy-cztery razy więcej czasu niż w normalnych warunkach, a jedyna logiczna możliwość przemieszczania się w zaplanowanym kierunku to czołganie się, decydujemy się na zejście do doliny Małej Łąki.
Podejście na Ciemniaka.
Rogatki Zakopanego osiągamy po ok. 2,5 h. Pierwszy spożywczy - nie myślałem, że jestem w stanie wciągnąć na raz prawie litr soku. Bus do centrum - kierunek prysznic (czyt. schronisko PTSM). Po drodze do schroniska dzwonimy z Pawłem do Poznania. Wymyci (po sześciu dniach) idziemy kupić bilety na pociąg. Kolejka jak pociąg do Poznania. Ale mamy szczęście, bo spotykamy znajomego stojącego prawie przy okienku. Teraz jedna z najważniejszych rzeczy. Trzeba zadbać o żołądek. Dobry domowy obiad po tygodniu opychania się sucharami, musli, chińszczyzną i innymi tego typu substytutami pożywienia jest prawdziwą rozkoszą. Do domów wracamy osobno tzn. Adam przez Łódź do Kutna, a Paweł i ja do Poznania. Na drugi dzień rano jesteśmy już w domach.

Epilog

Pomimo nie zrealizowania celu uważam wyjazd za bardzo udany i chciałbym podziękować wszystkim osobom, które pomogły mi przygotować się do tego wyjazdu, Adamowi za to, że jest partnerem którego można tylko pozazdrościć, Pawłowi za to, że rozśmieszał nas w czasie wędrówki i Błażejowi za to, że nie musieliśmy się bić o miejsca siedzące w pociągu.

Pozdrawiam

Michał Włodarczak

Więcej konkretnych informacji na temat wyjazdu i trasy można otrzymać kontaktując się drogą elektroniczną

 

 
© Copyright Michał Włodarczak