Tatry we wrześniu 1999 roku.

Był to mój pierwszy samodzielny wyjazd wspinaczkowy w góry. Z wielu względów dopiero pod koniec września mogłem zobaczyć moje ukochane wypiętrzenia terenu. Pojechaliśmy we czwórkę: Piotr "Cioro" Kubicki, Przemo "Guzik" Guzinski, Marek "Arbuz" Burzyński i ja. Byliśmy tam tylko cztery dni, ale ludzie mojego pokroju wiedzą, że warto jechać ... nawet na jeden dzień. Ponieważ tekst poniższy pisany jest przeszło pół roku po fakcie nie pamiętam nawet dokładnie daty, ale myślę że jest to jeden z mniej istotnych szczegółów. Założenia przed wyjazdem były następujące: Przemo i Marek organizują wycieczki turystyczne, a Cioro i ja łoimy nasze polskie tatrzańskie ściany. Co z tego wyszło. Ano zobacymy panocku.

Dzień zero.

Zaczęło się oczywiście na dworcu w Poznaniu. Piotr przyjechał po południu bezpośrednio z pracy z Gdańska. Odebrałem go z dworca i po zrobieniu ostatnich zakupów pojechaliśmy do mnie dopakować do końca mój plecak, rozdzielić sprzęt itp. Z Guzikiem i Arbuzem byliśmy umówieni w pociągu. Tak się sympatycznie złożyło, że znaleźliśmy miejsca siedzące dla całej czwórki. Mieliśmy trochę czasu do odjazdu więc Cioro poszedł po "małe co nieco" (jeśli to było małe to ja jestem Hans Kloss). Tradycyjnie już (jak się później okazało) wciągnęliśmy porcję spaghetti, a po chwili pociąg ruszył w ulubionym kierunku.

Dzień pierwszy.

W czasie drogi umówiliśmy się wstępnie co do rejonu działań naszej czwórki, miejsca noclegów itp. Ja z Piotrem od razu ruszyliśmy na "podbój" (szumnie nazwane) Moka. Ponieważ Przemo i Marek chcieli również dotrzeć w to samo miejsce, ale trochę bardziej okrężną drogą postanowiliśmy się rozdzielić (tymczasowo oczywiście). Ruszyliśmy więc z Piotrem znienawidzonym asfaltem w kierunku znanego od dawna tatrzańskiego stawu. Dotarliśmy do schroniska przed południem. Zaklepaliśmy u kierowniczki "glebę" na zapleczu gospodarczym, przepakowaliśmy wory, wpisaliśmy się do książki wyjść i jazda pod ścianę. Wybór był prosty. Coś co znamy i z czego można się łatwo wycofać (w razie czego oczywiście). Nie szukaliśmy długo: Skłodowski na Kopie Spadowej. Nad Czarnym Stawem znaleźliśmy się bardzo szybko, podejście pod ścianę, szpejenie i w drogę. Pierwszy wyciąg poszedł gładko. Proste wspinanie po ospitowanej drodze. Niestety przyjemności na tym punkcie programu się urwały. Pomyliłem drogę. Zamiast ciągnąć prosto do góry odbiłem w prawo i wpieprzyłem się w taki syf, że szkoda gadać. Gładkie płyty, asekuracja prawie żadna. Jedyny przelot został dwadzieścia metrów za mną (w dodatku trzeba by dużo wyobraźni żeby uwierzyć, że w razie czego wytrzyma), a moje techniczne możliwości i psycha nie specjalnie pozwalają na poruszanie się na przód. Założyłem więc auto i ściągnąłem Ciora do ostatniego logicznego miejsca. Tutaj zaczął się mój odwrót. Prawdziwy horror. Ten przelot, o którym mówiłem nie specjalnie mnie asekurował więc wycofywałem się prawie na trzydziestu metrach wyciągniętej, luźno zwisającej pomiędzy nami liny. Jak doszedłem do Piotra to z serca spadła mi lawina kamieni. Dalej prowadziliśmy Piotr i ja na zmianę.

Dalej prowadziliśmy z Piotrem na zmianę

Teraz szło już bez problemów, ale z każdą chwilą robiło się coraz później. Prawie o ciemku znaleźliśmy stanowisko zjazdowe. W trakcie przygotowań do zjazdu (wykonywanych przez Piotra), próbowałem się dodzwonić (choć cholernie nie znoszę komórek w górach) do ojca. Była to wyjątkowa sytuacja, bo leżał w tym czasie w szpitalu. Przez cały czas próbowałem się spieszyć, żeby jak najszybciej zjechać i znaleźć się w schronisku. Mimo ponagleń Cioro nie specjalnie się spieszył. Jak się później okazało miał ochotę (w przeciwieństwie do mnie) na nocne zjazdy i specjalnie przedłużał. W trakcie zjazdów ktoś wołał z dołu czy u nas wszystko w porządku. Zawsze to miło wiedzieć, że nie jesteś sam. Zejście do schroniska trwało parę momentów (czyt. zeszliśmy b. szybko). Załatwiliśmy wszystkie formalności i po prysznicu i kolacji położyliśmy się naprzeciwko kompleksu sanitarnego (kibelek, prysznic, umywalka) na podłodze. Jutro przed wejściem w ścianę czekał nas mały spacerek. Celem była Zamarła Turnia.

Dzień drugi.

Wstaliśmy dość wcześnie i po krótkich przygotowaniach wyszliśmy w ustalonym wcześniej kierunku. Droga przez Świstówkę przeszła prawie nie zauważona. Zatrzymaliśmy się na chwilę w schronisku w Piątce żeby się czegoś napić i ruszyliśmy bezpośrednio pod ścianę. Tuż przed ścianą Zamarłej Turni zauważyliśmy jeden zespół wspinający się na Motyce, czyli drodze którą zaplanowaliśmy przejść. Wspinali się dość wolno, ale postanowiliśmy poczekać i pójść za nimi. W między czasie kilka razy nadleciało "śmigło". Jak się później okazało to były ćwiczenia TOPR'u. Po dojściu pod samą ścianę okazało się że chłopaki z Kielc wycofują się z powodu braku sprzętu. Szczerze mówiąc ich zachowanie trochę mnie przestraszyło. Nie mówię tu o sprzęcie (wątpliwej jakości), ale to w jaki sposób był wykorzystywany. Kombinowana lina: pół statyka, pół dynamika; wycof i zjazdy w trudnym do opisania stylu; pożyczona od nas ósemka używana w sposób którego nie potrafię określić do dziś. Całe szczęście, że udało im się zjechać w całości.

No ale teraz przyszła nasza kolej. Pierwszy wyciąg prowadzi Cioro. Piękna klasyczna wspinaczka po płytach (trudności V) na oczach zaciekawionych turystów dobywających kamer, aparatów fotograficznych i innego sprzętu rejestrującego wyczyny "samobójców". W dodatku piękna wrześniowa pogoda nadaje niesamowitego smaku tej drodze. Drugi i trzeci wyciąg to już moja działka. Początkowo forma terenu trochę myli co do dalszego kierunku poruszania się, ale ostatecznie wychodzę pod właściwe zacięcie wyjściowe. Zanim opiszę dokładniej drogę wtrącę małą dygresję.

W zeszłym roku na kursie tatrzańskim, na którym byliśmy razem z Piotrem miał miejsce mały wypadek. I żeby było śmieszniej zdarzył się właśnie na Zamarłej Turni na "Klasycznej". Cioro idący na drugiego, jako ostatni, w miejscu wyjścia z trudności (dalej można było iść normalnie), odpadł z kamieniem wielkości mikrofalówki. Nie będę opisywał dokładnie tego zdarzenia, ale pewnego rodzaju piętno ciążyło na Piotrze.

Wracając do naszej drogi właśnie na drugim wyciągu znalazł się też luźny kamień (tym razem wielkości lodówki). Mnie udało się go w bezpieczny sposób obejść i po założeniu auta zacząłem wołać do Piotra żeby na niego uważał. Oczywiście nie usłyszał mnie i jak się pojawił koło mnie to pierwsze co powiedział to były przekleństwa pod adresem napotkanej "lodówki". Na szczęście ten sprzęt z grupy AGD nie znalazł się u podstawy ściany. Ostatni wyjściowy wyciąg poszedł gładko

Zacięcie wyjściowe na Motyce

i na szczycie Zamarłej długo rozkoszowaliśmy się piękną pogodą. Z góry obserwowaliśmy inne drogi na tej pięknej ścianie, obiecując sobie że jeszcze tu wrócimy.

Obiecaliśmy sobie, że jeszcze tu wrócimy

Po powrocie do schroniska zastaliśmy Guzika i Arbuza w trakcie obiadu. Załatwiliśmy wszystkie formalności dotyczące przeniesienia nas do bardziej komfortowego lokum niż podłoga przed wcześniej wspomnianym kompleksem i we czwórkę rozlokowaliśmy się w jednym z pokojów zaplecza gospodarczego.

Jedną z wielu rzeczy, które są piękne we wrześniu w górach to fakt, że jest tam naprawdę mało ludzi. Możesz sobie usiąść ze spokojem wieczorem porozmawiać z przyjaciółmi, popatrzeć w spokoju na zachód słońca i naprawdę odpocząć od miejskiego i ludzkiego zgiełku. Tak też było i teraz.

Dzień trzeci.

Dzisiaj dzień rekreacyjny. Przynajmniej dla mnie i Ciora. Dzień wcześniej ustaliliśmy, że idziemy we czwórkę na grań Mięguszowieckich Szczytów. Marek co prawda miał małe kłopoty z nogami, ale postanowił przynajmniej spróbować. Na Mięguszowiecką Przełęcz Pod Chłopkiem dotarliśmy już tylko we trójkę: Cioro, Guzik i ja.

Droga pod Chłopka

Krótki odpoczynek i obieramy kierunek Mięgusza Pośredniego. Guzik, który z ekspozycją jak dotąd miał do czynienia tylko na Orlej Perci (przynajmniej o większej ilości doświadczeń ja nie wiem) wykazywał prawie na każdym kroku, delikatnie mówiąc lekkie zdenerwowanie. Po drodze miał również okazję przekonać się o zastosowaniu i możliwościach niektórych sprzętów wiszących na naszych szpejarkach. Do dziś odnoszę wrażenie, że nie darzy ich specjalnym zaufaniem.

Na Pośrednim Mięguszowieckim znaleźliśmy się chyba po godzinie łatwej wspinaczki. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, a widoki... To trzeba zobaczyć samemu, bo każda kombinacja słów, jakie by nie były będzie tylko namiastką tego co widzieliśmy dookoła siebie. Posiedzieliśmy trochę na szczycie i ruszyliśmy dalej w kierunku Mieguszowieckiego Szczytu Wielkiego (MSW). Schodząc delikatnie na stronę słowacką mieliśmy dobry widok na dalszą drogę. Niestety wobec uciekającego czasu i czekającej nas długiej jeszcze grani, a także niewielkich umiejętności wspinaczkowych Przema postanowiliśmy razem wrócić na przełęcz i przejść się na Mięgusza Czarnego. Tam również posiedzieliśmy sobie trochę, zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy schodzić do schroniska.

Kilka zdjęć na Czarnym Mięguszu

Cioro pobiegł przodem żeby zamówić jakiś konkretny obiad. My z Guzikiem schodziliśmy wolno rozmawiając na wiele tematów i rozkoszując się piękną tatrzańską nocą. Wieczór w schronisku wyglądał podobnie do poprzednich. Wysłaliśmy kartki (choć mi się to rzadko zdarza wysłałem aż dwie), porobiliśmy zdjęcia i położyliśmy się spać.

Dzień czwarty.

Ten dzień znów spędziliśmy osobno. Przemo i Marek poszli szlakiem na Rysy, a my postanowiliśmy wkosić cos na Mnichu. Postanowiliśmy pójść na Orłowskiego, a później jeśli czas pozwoli popróbować czegoś trudniejszego. Pod samą ścianą spotkaliśmy wspinającego się solo jednego z ratowników (bądź kandydata na ratownika - już nie pamiętam) TOPR'u. Orłowski poszedł szybko. Dwie lub trzy długości liny w prostym czwórkowym terenie i nawet się nie obejrzeliśmy jak byliśmy na szczycie. Tam zrobiłem kilka zdjęć na tle Cubryny i zaczęliśmy przygotowywać się do zjazdu. Po zjechaniu do podstawy ściany podeszliśmy z powrotem do miejsca skąd startowaliśmy. Pomimo płynącego nie ubłaganie czasu spróbowałem jeszcze powspinać się na czymś trudniejszym.

Zjazd do podstawy ściany

Prawie gładka płyta obok Orłowskiego nadawała się do tego idealnie. Nie powiem, że nie sprawiła mi ona żadnych trudności, ale po różnych kombinacjach przeszedłem ją bez odpadnięcia. Na tym jednym wyciągu jednak się skończyło, bo Cioro musiał wcześniej wracać do pracy. Zbiegliśmy dość szybko do schroniska, przepakowaliśmy wory i pożegnaliśmy się. Piotr zbiegł do Zakopanego, a ja poczekałem na chłopaków schodzących z Rysów.

Prawie gładka płyta obok Orłowskiego

We trójkę zjechaliśmy do Zakopca. Mieliśmy trochę czasu do odjazdu pociągu więc pochodziliśmy jeszcze po sklepach najedliśmy się itp. W między czasie poszedłem zapalić świeczkę na grobie Andrzeja i Olgi Małkowskich. Za każdym razem jak jestem w Zakopanem i mam trochę czasu staram się o tym pamiętać.

Cały wyjazd był bardzo udany, przede wszystkim ze względu na wspaniałe towarzystwo i pogodę, która tego lata była wyjątkowo ładna. Wszystko skończyło się nazajutrz rano w Poznaniu, czego nie trudno się oczywiście domyślić.

 

 
© Copyright Michał Włodarczak