Powrót w Tatry we wrześniu

Po letnich wojażach alpejskich znów "ciągnie wilka do lasu". A to dopiero początek września. Ledwo dobrze zacząłem wchodzić na obroty w pracy, a tu znów w głowie kiełkuje myśl o wyjeździe w góry. Zdzwoniłem się z Adamem i Piotrem. Postanowiliśmy, że bierzemy dwa dni urlopu i jedziemy na wydłużony weekend do Moka. Wpadłem na pomysł żeby zabrać ze sobą jeszcze kilka osób (jeśli znajdą się takie chętne), które pojadą tylko w celach turystycznych. Po cichu miałem nadzieję, że w sumie pojedzie nas około 6 - 7 osób. Rozesłałem wici po znajomych. Po kilku dniach zacząłem się martwić sytuacją gdyż miałem zarezerwowaną salę 13 osobową, a skład ekipy kształtował się w okolicy 20 chłopa (no przesadzam, płeć piękna też była). Z różnych względów musieliśmy się umówić w Zakopanem. El Chorro jechał prosto z Inowrocławia, Robert ze względu na szkolenie w Krakowie (które miał zaplanowane na poniedziałek) jechał z Poznania samochodem z Anią, reszta ekipy (chyba) z Poznania pociągiem, ja z Katowic (ze względu na pracę). Jednym słowem zbieranina z całej Polski. Wszystko na wariackich papierach.

Środa wieczór. Odbieram Marka z dworca w Katowicach i czekamy na RoboCop'a i Anię jadących z Poznania. Docierają ok. północy. Razem nad ranem wyjeżdżamy do Zakopanego. Jak jesteśmy już na miejscu wszyscy już na nas czekają. Umawiamy się w schronisku i różnymi sposobami docieramy do Moka.
Drogę chyba jednak
wybierzemy pod ścianą ...
Szybkie działania logistyczne, wypakowanie, przepakowanie, wrzucamy coś "szybkiego" do żołądka i jako że pogoda sprzyjająca ruszamy w góry. Nie raz już się przekonałem, że jednym z lepszych sposobów na rozgrzewkę, szczególnie po nieprzespanej nocy w podróży i przy niewielkiej ilości czasu, jest Mnich. I tak też było tym razem. Adam, Chorro i ja ruszyliśmy w stronę jakże znanego wszystkim szczytu. Podeszliśmy dość szybko zostawiając wybór drogi na ostatnią chwilę. Podeszliśmy pod klasyczną drogę Orłowskiego. Tuż obok jednak nęciła prawie gładka płyta z której startuje NY-NY-NY.
Nastroje na starcie bojowe.
Po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy, że spróbujemy zrobić trudniejsze warianty niż Orłowskiego, a jeśli zabraknie czasu możemy zawsze przejść na prawo (Orłowski) lub po prostu zjechać. Idę pierwszy. Mokro, ślisko, ale płyta jakoś puściła, za mną na pojedynczych żyłach idą Piotr i Adam. Kolejny wyciąg trochę mnie stopuje. Nie mam koncepcji jak to ugryźć. Szczerze mówiąc zbyt dużego wyboru nie ma. Faktem jest że ładnie obita spitami droga uspokaja trochę psychę, ale napocić się trzeba i przeć do góry. Po jakimś czasie udaje mi się dotrzeć do kolejnego stanowiska, kolejna połoga płyta dała mi trochę w tyłek. Czekam teraz na chłopaków i powoli ściągam ich do siebie. Najpierw idzie Adam, później Piotr, któremu siada trochę psycha i kondycja. Następny, dla niego ostatni wyciąg pójdzie już łatwiejszym zacięciem należącym do Orłowskiego.
Pierwszy wyciąg ...
i start do trzeciego.
El Chorro trzyma mnie mocno,
czasami nawet za ...
... ale napieram do przodu,
a właściwie do góry.
Ja i Adam nie dajemy za wygraną i kolejny wyciąg dość szybko przechodzimy ewidentną płetwą. Został ostatni wyciąg do szczytu, ale czasu niewiele. Po ściągnięciu do siebie chłopaków, bez ociągania się ruszam dalej. Niestety zmęczenie i trochę braki techniczne zmuszają mnie do przyazerowania na stającym na mojej drodze dwumetrowym murku skalnym. Ale dalej idzie już szybko. Na samym końcu, tuż pod półką podszczytową na której jest stanowisko drogę zagradza mi kamień z którym mam problemy. Mogę go obejść, ale to by było już nie to samo. Próbuję tak i siak. Ni cholery nie chce puścić. Próbuję ostatni raz, bo już jest prawie ciemno. Wyciągam się dosłownie na paznokciu który pozwolił mi utrzymać równowagę i dosięgnąć do następnego dobrego już chwytu. Jestem na szczycie. Kontaktuję się z chłopakami. Na dokończenie drogi decyduje się tylko Adam. Dochodzi w miarę szybko. Foty na szczycie i jazda na dół. W drodze powrotnej trochę błądzimy zanim udaje nam się dojść do szlaku. Tyle razy szliśmy już przez dolinkę omijając Mnichowe Stawki, razem i osobno, ale we mgle i po zmroku trzeba się zawsze pilnować. W takich warunkach kamienie, kępki traw, stawki wyglądają tak samo. W końcu dochodzimy do progu dolinki i teraz już tylko w dół. Później już tylko ceprostradą do schroniska. Jesteśmy na miejscu, wpisuję nasz powrót w książce wyjść i wracam do starego schroniska gdzie czeka reszta ekipy. Wchodzę do naszej sali i pierwsze co mnie zaskakuje, a z każdą następną sekundą zaczyna przerażać to mina Adama. Coś jest nie tak. Jego jutrzejsze wyjście wisi na włosku. Pewnie posypie się na moją głowę grad krytyki za to co napiszę, ale co tam ... Raz się żyje. Miał rację mój przyjaciel mówiąc kiedyś, że albo jedziesz się wspinać, albo bierzesz ze sobą babę. Z całym oczywiście szacunkiem dla tych wspaniałych istot. Długo trwało zanim udało się przekonać kogo trzeba do wypuszczenia na drugi dzień Adama na wspin. Ale się udało.
... tak się skończył pierwszy wspin.

Na drugi dzień wybieramy Zamarłą Turnię i Lewą Pilchówkę (V+). Do "piątki" idziemy z całą ekipą, gdyż wybrali oni wejście na Szpiglasowy Wierch od strony doliny Pięciu Stawów Polskich. Ze schroniska wyszliśmy na końcu. W "Piątce" wywołujemy lekkie zdziwienie gdy pojawiamy się wcześniej w schronisku, nie mijając ludzi po drodze. Zawdzięczamy to znanemu nielicznym skrótowi w okolicach Świstówki. Po krótkim odpoczynku w schronisku ruszamy dalej, ale już wtedy czuję, że coś jest nie tak. Jeszcze nie wiem co jest grane, ale za kilkanaście godzin będzie widać tego efekt. Podchodzimy pod ścianę. Nie jesteśmy sami. W górze jakiś zespół robi trawers. Wyszukujemy naszą drogę, najpierw z daleka, później coraz bliżej. Opinie są rozbieżne. Według schematu droga idzie na wprost, ale chłopaki twierdzą że trzeba wystartować trochę z prawej strony. Górę jednak bierze mój uparty charakter i fakt, że pierwszy wyciąg przypadł mi w udziale. Nie pozostaje mi nic innego jak spróbować się z obranym problemem.
Adam szykuje się
do złojenia Zamarłej Turni
Szpeimy się i przygotowujemy. - Mogę? Możesz! Idę! - Start trochę nieciekawy, balansuję ciałem, próbuję znaleźć choć małe oparcie dla stóp i jakikolwiek chwyt który nie zostanie mi w ręce gdy go mocniej obciążę. Trwa to kilka minut, a ja wciąż jestem nie wyżej jak 2 - 3 m nad ziemią. Zakładam pierwszy przelot. Choć i tak wiem, że siedzi tylko dla wsparcia psychicznego i nie mam nadziei, że mnie utrzyma. No ale w coś trzeba w takiej sytuacji wierzyć. W końcu próbuję pójść dalej. Wychodzę nad krawędź skały i czuję że nic z tego nie będzie. Walczę aby się jakkolwiek utrzymać. Jeden, drugi ruch poprawiający moją równowagę i nagle ... Leżę kilka metrów niżej na plecach. Rzadko zdarza mi się (notabene całkiem ludzki) odruch sprawdzenia czy jestem cały. Zazwyczaj najpierw sprawdzam czy sprzęt który mam przy i na sobie jest cały, człowiek w drugiej kolejności. Całe szczęście, że pod ścianą leżał już tegoroczny śnieg. Takie lądowanie na piargu jak nic skończyłoby się w zakopiańskim szpitalu (wersja bardzo optymistyczna). Nie powiem, ale psycha mi siadła. W dodatku Chorro zrezygnował całkowicie ze wspinania (w dniu dzisiejszym oczywiście). Pozostaliśmy na placu boju sami z Adamem. Zmieniliśmy wybór. Zacięcie Komarnickich to bardzo ładna i niezbyt trudna droga. Pierwszy wyciąg w miarę szybko pociągnął Adam, choć twierdzi że samopoczucie u niego nie najlepsze.
Adam na pierwszym
wyciągu.
Piękne,
duże zacięcie.
Dawno nie łoił w górach i niezbyt pewnie się czuje. Kolejny wyciąg to duże bardzo ładne zacięcie. Idzie gładko choć suchej skały nie uświadczysz. Najgorzej jest końcu wyciągu. Niby ładna, duża półka, ale prawie cała zawalona śniegiem po kolana, co przy letnich bucikach wspinaczkowych nie napawa optymizmem. Ale co tam, jakoś trzeba przez to przebrnąć. kilkanaście minut później dochodzi do mnie Adam. Nad nami kilkumetrowa ścianka, długa półka, znów ścianka i na zakończenie trzeciego wyciągu dość spora, trochę poszarpana płyta. Teren niezbyt trudny, ale lufa piękna. Kilkaset metrów powietrza pod tyłkiem zawsze robi wrażenie. Napieram do przodu i z racji lekkiego trawersu w prawo staram się wpinać linę w przeloty na zmianę. Trzeba uważnie szukać miejsc na wpinkę. Mamy co prawda kilka friendów, ale nie specjalnie można je tutaj wykorzystać. Trzeba szukać starych haków. Dochodzę do malutkiej półeczki do której przyklejony jest dość duży blok. Żeby zrobić auto muszę na niego wejść, a już teraz czuję, że lina jest zblokowana. Próbuję ją ściągnąć do siebie, ale idzie strasznie ciężko. Przy tak zblokowanej linie ściągam Adam dopiero po kilkudziesięciu minutach. Na dodatek łapie mnie skurcz w ręce. W końcu jesteśmy razem na stanowisku. Do grani zostało tylko kilka łatwych metrów. Koniec. Fotki na pamiątkę i kierujemy się w stronę Koziej Przełęczy na której łapie nas zmrok i prószący śnieg. Zejście z "asekuracją ręczną" do mokrych łańcuchów nie należy do przyjemności. Ze szlaku trzeba jeszcze się wrócić po wory, które zostały pod ścianą. Do Moka nie dotrzemy na czas, to już jest pewne, ale popylamy po szlaku "ile fabryka dała", a właściwie "ile zostało w kotłach". W "Piątce" robimy krótki odpoczynek i przez radio dajemy znać do Toprówki w Moku, że jesteśmy w drodze powrotnej. Nie wiem dlaczego, ale w drodze powrotnej zaczynam czuć się coraz gorzej. Do schroniska docieramy późno. Wchodząc do sali rzucam wór na podłogę, siadam oparty o niego ... i wstaję dopiero po pół godzinie. Tyle czasu zajęło mi "dojście do siebie". Nie wiem co się wtedy ze mną stało. Byłem tak zmęczony, że nie mogłem zasnąć całą noc.
A tak było po drugim wspinie.
Kolejny dzień to w moim przypadku niezbyt wymagające spacerki wokół stawu, pogaduchy w schronisku przy napojach "różnych" i wieczór z gitarą do spółki z jakąś ekipą z Krakowa. Niedziela z kolei to jeden wielki odwrót. Paradoksalnie jeśli nie możesz się spotkać ze swoimi starymi znajomymi w swoim rodzimym mieście to bardzo prawdopodobne, że spotkasz ich np. na dworcu w Zakopanem. Dlaczego by nie? Tak też było ze Stryłką i Zielonym. No cóż wszystko co dobre szybko się kończy, a więc i ten wypad przeszedł do historii. Myślę też, że w jeden z weekendów kolejnego września zrobimy "powtórkę z rozrywki".
W przyszłym roku zapewne
zrobimy tu powtórkę z rozrywki.
A tutaj (niestety nie kompletna)
lista obecności.

 

 
© Copyright Michał Włodarczak