Obóz zimowy KW Poznań w Tatrach ...

... z punktu widzenia początkującego taternika.

Tak naprawdę wszystko zaczęło się rok wcześniej. Zainteresowanych odsyłam do opowiadania pt. Grań. Po niezbyt sytym (z wielu niezależnych przyczyn, które w efekcie PRZYPADKOWEGO nałożenia się na siebie potrafią zepsuć wszystko) sezonie letnim, stwierdziliśmy z Adamem, że zimą trzeba będzie to sobie odrobić. Jestem osobą, którą wbrew zdrowemu rozsądkowi mobilizują najbardziej (no może trochę przesadziłem) niepowodzenia. Takie właśnie nastawienie po lecie spowodowało moją wzmożoną pracę nad sobą i przygotowania do wyjazdu. Nie muszę chyba dużo mówić jaka radość nas opanowała na wiadomość o organizowanym przez Klub obozie zimowym w styczniu w rejonie Moka. A jeśli dodam informację o warunkach finansowych wyjazdu tzn. planowane dofinansowania + darmowe noclegi w chatce PZA na Włosienicy w ramach "Akcji Junior", to nic tylko się pakować i "GO SOUTH". Oprócz Adama i mnie zaklepaliśmy miejsce dla Piotra "Chorr'a" Kubickiego z KW Toruń, mojego serdecznego przyjaciela i partnera.

To był początek. Oczywiście z czym można mieć największy problem. Kto się zna na rzeczy nie trzeba mu tłumaczyć. SPRZĘT. Cholernie drogi sprzęt. W naszym przypadku (tzn. moim i Adama) sprawa rozbijała się głównie o sprzęt osobisty typu czekany, buty (skorupy), raki. Niestety tak to jest, że niektóre zabawki są osobiste, jak szczoteczka do zębów. Miałem troszkę szczęścia. Udało mi się kupić skorupy za mniej niż 2/3 ceny. To już był postęp w dziedzinie sprzętowej. Raki już miałem od kilku lat. Pozostały czekany. Tutaj przyszedł mi z pomocą Chorro. Oprócz całej masy sprzętu jaki kupił dla siebie dorzucił do zamówienia jeszcze jeden czekan. I tak w ramach gwiazdkowych prezentów od ... Gwiazdora oczywiście stałem się szczęśliwym posiadaczem pierwszej w życiu dziaby. Prawdziwe cacko. Zresztą co Wam będę pisał nazwa Charlet Moser dla wtajemniczonych mówi sama za siebie. I tak zbliżał się 14 stycznia 2000 r. Osnuty mgłą tajemnicy zimowego wspinania dzień naszego wyjazdu. Niestety Adam ze względu na pracę i uczelnię (właściwie to dwie uczelnie) musiał zostać w Poznaniu. Pozostaliśmy na placu boju we dwójkę Chorro i ja. Dwóch żółtodziobów w gronie prawdziwych wysokogórskich wyjadaczy.

I tak wczesnym rankiem 15 stycznia A.D. 2000 nasze stopy dotknęły ziemi dworca kolejowego w Zakopanem. Niby żadna nowość, bo wszystko wokół znamy jak własną kieszeń, ale jaki cel przed nami. Ostatnie zakupy i wio w kierunku Polany Palenicy. Do chatki PZA na Włosienicy dotarliśmy przed południem. Była piękna słoneczna pogoda. Przed chatką stał Asceta i z charakterystycznym serdecznym uśmiechem powitał nas i poczęstował herbatą. Dogadaliśmy się co do noclegów i ruszyliśmy w kierunku schroniska nad Morskim Okiem w nadziei spotkania pozostałych uczestników obozu. Czekaliśmy dość długo i w końcu, żeby nie tracić dnia wybraliśmy się na mały rekonesans nad Czarny Staw i jeśli warunki będą dobre to może gdzieś dalej. Gdy dotarliśmy nad staw okazało się, że pogoda nie jest już taka ładna. Zeszła mgła i w ten sposób nasz rekonesans zakończył się nad Czarnym Stawem. Wróciliśmy do schroniska. Chłopaków nadal nie było. Dotarli dopiero ok. 17:00. Okazało się, że nie mogli w całym Zakopanem znaleźć nikogo kto ubezpieczył by ich od NW. Umówiliśmy się na wieczór i poszliśmy coś zjeść i przebrać się do chatki. Wieczorem przy napojach (niekoniecznie bezalkoholowych) ustaliliśmy plany na dzień następny. Godzina wyjścia ustalona. Wracamy do siebie. Tak wyglądał dzień pierwszy.

Widok na Miedziane ze szlaku na Rysy

Dzień drugi. Oczywiście rano problemy ze wstawaniem. Ale jakoś się udało i po zjedzeniu śniadania wyszliśmy do schroniska. Największym błędem dnia poprzedniego okazało się to, że nie dowiedzieliśmy się gdzie mieszkają chłopaki. Czekamy, czekamy, czekamy ... i nic. Nikogo nie ma. Poszliśmy do toprówki pogadać z ratownikiem. Jakoś czas zleciał, a chłopaków nadal nie widać. Nie wiedzieliśmy gdzie szukać, a nie przeryjemy przecież wszystkich pokoi. Ustaliliśmy z Chorrem, co następuje: pijemy herbatę i jeśli się nie pojawią to idziemy sami na Rysy. I tak zrobiliśmy. Niestety od samego początku czułem się jakoś nie specjalnie. Prawie przez cały czas torował pod górę Chorro. Zmieniałem go niewiele razy i to na krótko. A jazda była niezła, bo jak się robił śnieg po kolana to było łatwo. Na dodatek cały czas padał śnieg. Ale jak to mówią: "Przecież nikt nie robi tego dla przyjemności! Jak mus to mus!" Kierowaliśmy się resztkami śladów z dnia poprzedniego i to był błąd, gdyż wyprowadziły nas one nie na szczyt ale na przełęcz pod Rysami. Tam zrobiliśmy kilka fotek i wycofaliśmy się. Ze względu na moje samopoczucie postanowiliśmy wrócić do Moka. Dla informacji dodam żeby wyjść na szczyt musielibyśmy zjechać do połowy ściany i znów szorować ostro pod górę. Zejście było błyskawiczne. Po prostu dupozjazdy. W Moku spotkaliśmy resztę ekipy. Okazało się, że mieszkają w starym schronisku i wyszli prawie zaraz po nas. Oni zrobili krótki rekonesans pod Mnichem i kilka prostych dróg. Umówiliśmy się na wieczór na dogadanie się na dzień następny. Scenariusz podobny jak wczoraj. Przy różnych napojach, kawałach i opowieściach spędziliśmy wieczór.

Chorro w trakcie podejścia na Rysy

Dzień trzeci. Teraz dogadaliśmy się bez pudła. Poszliśmy we czwórkę. Artur, Antoś, Cioro i ja. Kierunek: Mnich. W jaśniejącej poświacie, podnoszącej się tragicznie szybko temperaturze i padającym drobnym śniegu ruszyliśmy. Starym swoim zwyczajem ruszyłem z kopyta tak jak ja to robić potrafię (co niektórzy mają do mnie o to pretensje) i zostawiłem pozostałą trójkę z tyłu. Jednak po zejściu ze szlaku (śnieg po kostki) linia poziomu śniegu przesunęła się na wysokość mojego pasa. Ala jak mus to mus. Pod ścianę dotarłem pierwszy. Oczywiście cały mokry. Pod samą ścianą zaczęło robić się dość nieprzyjemnie. Co chwila ze wszystkich żlebów nad nami sypały się pyłówki. Na etapie pyłówek ma to wpływ tylko na samopoczucie, ale po podejściu wyżej okazał się, że teren na którym stoimy nie jest zbyt pewny. Antoś założył stanowisko z którego mieliśmy zjechać. Niestety w pewnym momencie usłyszałem nad sobą coś więcej niż tylko głupią pyłówkę. Wbiłem dwie dziaby po rękojeść, przytuliłem się jak długi do stoku i jedyne o czym wtedy myślałem to żeby nie wyrwało dziabek. Jak skończyło lecieć otrzepałem się (przysypało mnie w całości) i jedyne co przyszło mi do głowy to SPIEPRZAJ STĄD "idioto". W chwilę później byliśmy pod ścianą. Łyknęliśmy gorącej herbaty i wróciliśmy do schroniska. Ten dzień minął na opowiadaniach i historiach różnych. Szczerze mówiąc dawno się tak nie uśmiałem. Pogoda wyraźnie psuła się i nie było specjalnych perspektyw na poprawę. Ze względu na warunki śniegowe odpuściliśmy sobie dzień następny jako wspinaczkowy.

Dzień czwarty. 18 stycznia - moje urodziny. Pogoda w normie, czyli do d.... Założenia następujące: Chorro schodzi do Zakopca z zamiarem kupienia sprzętu, a ja w związku ze zbliżającym się egzaminem symuluję naukę (to żeby mieć czyste sumienie, że chociaż próbowałem). Na dworze śniegu po pas. Do kibelka trzeba było wychodzić z szuflą, żeby w ogóle się do niego dostać (czyt. dokopać). Wieczorem poszedłem zobaczyć do chłopaków do Moka. Dołączyłem się do mafii. Już w stronę schroniska były problemy z przejściem. Na odcinkach drogi zasłoniętych przez drzewa nie było jeszcze tak tragicznie, ale na otwartych przestrzeniach, śniegu po ... Wracałem ok. 21:00. Śnieg padał cały czas. Miejscami śniegu było prawie po szyję. Bałem się, żeby gdzieś nie ugrzęznąć. Ale w końcu dotarłem do chatki. Niestety obóz dobiegał końca (ze względu na pogodę).

Rano z Chorrem podjęliśmy decyzję co do dalszych działań. Idziemy do Moka zobaczyć co planują (kiedy wyjeżdżają) chłopaki i schodzimy do Zakopanego. Niestety udało nam się dotrzeć do końca pol. Włosienicy i stwierdziliśmy, że to i tak nie ma sensu i zawróciliśmy. Spakowaliśmy się i wio na dół. Zejście nie należało do najprzyjemniejszych. Znośne warunki zrobiły się dopiero po wyjściu ze skrótów. Ciężkie wory robiły swoje, ale w końcu dotarliśmy na Łysą Polanę i pojechaliśmy do Zakopca i ... do domu.

Szczerze mówiąc pod względem wspinaczkowym wyjazd był do bani, ale jestem z niego zadowolony, bo przełamane zostały pierwsze lody związane z brakiem znajomości wspinania zimowego. Zaowocowało to m.in. wyjazdem samodzielnym w Śnieżne Kotły w Karkonoszach kilka tygodni później. Szczególnie chciałbym podziękować Piotrowi (on wie za co) i Antkowi za wszystkie rady jakich nam udzielił. Jeśli będzie ktoś zainteresowany wyjazdem w Karkonosze, to piszcie. Może uda Wam się mnie zmobilizować (do opisana wyjazdu oczywiście).

Ze względów technicznych nie mogłem umieścić więcej zdjęć, ale myślę że już wkrótce ta sytuacja się poprawi.

 

 
© Copyright Michał Włodarczak